Polonia Christiana - Zamęt i Milczenie

Sudecki Port-all

nieistotna większość - decydująca mniejszość
APLIKACJA DO ODCZYTYWANIA TREŚCI OBCOJĘZYCZNYCH

W Wałbrzychu Wszyscy Wszystko Wiedzą - Pierwszy Prawicowy Portal Publicystyczny - Narodowi Nie Resortowi - Katolicy Zamiast Lewicy

Prawa Strona Internetu

Bilans pięciu lat pontyfikatu Franciszka - "Zmiana paradygmatu"

AMORIS LAETITIA

15.01.2019
Grzegorz Braun i dr Stanisław Krajski: Jaka jest kondycja Kościoła Katolickiego?

05.03.2019
Katolicy do ŚCIANY a ŚCIANA swoje:

Uważam, że diakonat kobiet byłby możliwy. Ale oczywiście musi to zostać przedyskutowane, ponieważ historyczne tradycje są bardzo złożone - mówił przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury kard. Gianfranco Ravasi.

20.01.2019
Katolicy do ŚCIANY a ŚCIANA swoje:

Doceniam inicjatywy ograniczenia korzystania z węgla na rzecz stopniowego przechodzenia do nowszych źródeł energii w Polsce - powiedział w rozmowie z KAI kard. Peter Turkson, prefekt Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka.

Nie można zmilczeć "Zamętu i Milczenia" kryzysu czy - raczej destrukcji antychrześcijańskiej - rękami marksistowskimi w "Amoris Laetitia"

Wałbrzych 22.12.2018 Ryszard Wieczorek

Nie można zmilczeć "Zamętu i Milczenia" kryzysu czy - raczej destrukcji antychrześcijańskiej rękami marksistowskimi w "Amoris Laetitia"
"Oto przyszło nam bowiem żyć w czasach, w których to, co w Kościele w Niemczech traktuje się jako stan łaski uświęcającej, w Polsce uznawane jest za trwanie w permanentnym grzechu ciężkim. Jakby tego było mało, kapłani w wielu miejscach świata nie wiedzą, jak czytać papieski dokument o rodzinie - jego interpretacje są bowiem skrajnie różne, wobec czego biskupi długo pracują nad implementacją adhortacji we własnych diecezjach. Nie da się ukryć - to olbrzymi zamęt, któremu dodatkowo towarzyszy milczenie Rzymu".

 

Przedsłowie

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele PCh24.pl!

Oddajemy w Państwa ręce unikatową publikację, wyjaśniającą i porządkującą problem zamieszania trwającego w Kościele od momentu ukazania się adhortacji Amoris laetitia. Dokument ten tuż po publikacji w kwietniu 2016 roku wzbudził olbrzymie kontrowersje. Postanowiliśmy raz jeszcze przypomnieć, o co toczy się dziś wielka debata w Kościele i dokąd może ona nas doprowadzić.

Tytuł niniejszego e-booka - Zamęt i milczenie - dobrze charakteryzuje stan tej debaty. Oto przyszło nam bowiem żyć w czasach, w których to, co w Kościele w Niemczech traktuje się jako stan łaski uświęcającej, w Polsce uznawane jest za trwanie w permanentnym grzechu ciężkim. Jakby tego było mało, kapłani w wielu miejscach świata nie wiedzą, jak czytać papieski dokument o rodzinie - jego interpretacje są bowiem skrajnie różne, wobec czego biskupi długo pracują nad implementacją adhortacji we własnych diecezjach. Nie da się ukryć - to olbrzymi zamęt, któremu dodatkowo towarzyszy milczenie Rzymu. Milczenie dla wielu niezrozumiałe, dla innych bolesne, jeszcze innym zaś uświadamiające, że taki jest dziś po prostu element strategii decentralizacji Kościoła, o której papież Franciszek wspomniał w innym swym dokumencie – Evangelii gaudium.

Choć wspomnieliśmy o toczącej się w Kościele debacie, musimy przyznać, że nie toczy się ona wszędzie. Otóż w Polsce wiedza na temat kryzysu wokół Amoris laetitia wydaje się bardzo ograniczona. Media katolickie na ten temat milczą, w ogóle nie zajmując się tą sprawą, podczas gdy progresiści skutecznie promują swoje tezy, próbując zachęcić polskich biskupów do pójścia drogą ich niemieckich braci w biskupstwie.

Najaktywniej jednak rozwój wydarzeń relacjonuje portal PCh24.pl. Na temat kryzysu wokół "nowej troski duszpasterskiej" wprost określanej przez licznych biskupów i kardynałów mianem noszącej znamiona herezji, opublikowaliśmy ponad trzysta artykułów! Rozmawialiśmy o tym problemie z wybitnymi intelektualistami, z prominentnymi hierarchami oraz z komentatorami życia Kościoła. Wszystko dla Państwa - aby polscy katolicy mogli posiąść wiedzę o tym, co dzieje się w ich wspólnocie wiary i wyrobić sobie na ten temat opinię. By zechcieli zintensyfikować modlitwy za Kościół.

Wielokrotnie byliśmy za to atakowani - nigdy jednak nie zboczyliśmy z kursu. Zawsze bowiem staramy się opierać na nauce Chrystusa, pismach wielkich papieży, soborów i innych dokumentach Kościoła, z Katechizmem na czele.

I pragniemy pracować w ten sposób dla Państwa nadal - bo istniejemy wyłącznie dzięki naszym Czytelnikom, Dobrodziejom i Przyjaciołom. To z myślą o Państwu przygotowaliśmy niniejszą publikację, w której nie tylko przypominamy kilka najważniejszych artykułów o Amoris laetitia zamieszczonych już na PCh24.pl, ale przede wszystkim oferujemy lekturę zupełnie nowych tekstów oraz opinii niepublikowanych wcześniej w internecie. Mamy zaszczyt zatem przedstawić Państwu teksty profesorów: Roberta de Mattei i Grzegorza Kucharczyka, dr. Marcina Jendrzejczaka, wywiad z ojcem Augustynem Pelanowskim OSPPE, a także artykuły innych publicystów PCh24.pl.

Przy tej okazji serdecznie prosimy o każdy rodzaj wsparcia w naszej walce o zachowanie świętej wiary katolickiej. Zarówno o modlitwy, dobre słowo, jak i o wsparcie materialne naszego portalu, który bez Państwa pomocy nie mógłby istnieć i opisywać rzeczywistości Kościoła pogrążonego w jednym z największych kryzysów w historii. A zamęt wokół Amoris laetitia jest, niestety, tylko jedną z wielu jego odsłon.

Zespół PCh24.pl

K R Y S T I A N   K R A T I U K - KrÓtka histOria zaMĘtu

Jak doszło do tego, że po jednej stronie Odry duchowni Kościoła katolickiego uznają za trwanie w permanentnym grzechu ciężkim to, co ich bracia w kapłaństwie z drugiej strony rzeki traktują jako stan łaski uświęcającej? W jaki sposób doprowadziliśmy do ogłoszenia przez wielkie liberalne media "legalizacji rozwodów w Kościele"? Skąd pomysł, by z dokumentów Kościoła traktujących o rodzinie wyprowadzać wnioski dotyczące konieczności... błogosławienia związków homoseksualnych?

Zaczęło się niewinnie. Jednym z najważniejszych wydarzeń w pierwszych miesiącach pontyfikatu papieża Franciszka miało być zwołanie synodu biskupów o rodzinie. To faktycznie najistotniejszy temat naszych czasów - rodzina jako instytucja jest dziś bowiem wściekle atakowana. Rewolucja seksualna rozpoczęta w roku 1968 przeorała świadomość społeczną ludzi na całym świecie - w tym wielu katolików. Rozwody stanowią dziś istną plagę, odgórnie próbuje się narzucić nowy model rodziny (od patchworkowej po homoseksualną), ludzie nie chcą mieć dzieci, a gdy już je mają - chętnie mordują jeszcze przed narodzeniem. Kościół wierny Chrystusowemu krzyżowi - symbolowi "któremu sprzeciwiać się będą" - powinien toczyć walkę ze światem niechętnym rodzinie. Zorganizowanie zgromadzenia synodalnego biskupów witane więc było w wielu środowiskach katolickich z wielką nadzieją na przypomnienie światu fundamentalnych prawd i wskazanie ścieżek, którymi w wyjątkowo trudnych czasach należy podążać. Tym bardziej, że jeden z uczestników owego synodu, kardynał Carlo Caffarra, kilka lat wcześniej ujawnił list, jaki otrzymał od siostry Łucji - jednej z trojga osób, którym w Fatimie wielokrotnie objawiła się Matka Boża. Portugalska wizjonerka pisała: "Przedmiotem ostatniej bitwy między Panem Bogiem a królestwem Szatana będzie rodzina i małżeństwo. Nie lękaj się, gdyż każdy, kto działa na rzecz świętości małżeństwa i dla rodziny, zawsze będzie atakowany i będą mu się sprzeciwiać na wszelkie sposoby, gdyż są to kwestie kluczowe".

Kontrrewolucji nie będzie

Synod do spraw rodziny (zorganizowany w dwóch sesjach w roku 2015 i 2016) rozczarował jednak wszystkich sądzących, że nadchodzi jakaś prorodzinna kontrrewolucja. Okazało się bowiem, iż wielu ojców synodalnych - szczególnie biskupów z Zachodu - interesują zupełnie inne zagadnienia niż problemy wymienione w poprzednim akapicie. Problemy, na które zwracały uwagę dziesiątki organizacji katolików świeckich z całego świata. Liczni hierarchowie (rzecz jasna, nie wszyscy, ale ci najskuteczniej skupiający uwagę największych mediów relacjonujących zgromadzenie) zamiast o rodzinie woleli rozmawiać o rozwodnikach i homoseksualistach.

Doszło do sytuacji wręcz gorszących. Najbardziej symptomatyczną dla synodu pozostaje scena, w której jeden z belgijskich biskupów przytoczył historię dziewczynki przystępującej do pierwszej Komunii Świętej. Dziecko otrzymało od kapłana Ciało Pańskie i... przełamało Je, biegnąc z Nim do swego ojca, który będąc rozwodnikiem żyjącym w nowym związku, nie mógł przyjmować Najświętszego Sakramentu. Historia ta - wedle medialnych relacji - silnie wzruszyła zgromadzonych w Rzymie duchownych. Mimo iż doszło tu do co najmniej kilku niedopuszczalnych sytuacji - dziecko najpewniej nie miało świadomości, że przyjmuje Chrystusa, popełniło świętokradztwo, a biskupi jeszcze to pochwalili.

Na synodzie bardzo wiele mówiło się o osobach, które miały rodziny, ale z jakichś względów żyją już w niesakramentalnych związkach i wprost sugerowano, by dopuścić ich do Komunii Świętej. Prym w tym temacie wiedli biskupi z Niemiec, na czele z kardynałem Walterem Kasperem, od lat promującym takie rozwiązanie i... wcielającym je już wcześniej w życie w podległej mu niegdyś diecezji.

Podczas synodu poruszono też inne tematy niezwiązane w żaden sposób - z katolickiego punktu widzenia - z tematyką rodziny, jak choćby kwestię związków homoseksualnych. Propozycje dotyczące cieplejszego podejścia do relacji osób tej samej płci zostały odrzucone w głosowaniu hierarchów, ale ostatecznie (decyzją sekretariatu synodu) trafiły do dokumentu podsumowującego pierwszą sesję zgromadzenia.

Niemożliwe, a jednak...

Po publikacji tego dokumentu rozpoczął się prawdziwy zamęt. Biskupi nastawieni progresywnie ogłosili sukces i twierdzili, że będzie można teraz udzielać Komunii Świętej rozwodnikom żyjącym w nowych związkach. Z kolei hierarchowie przywiązani do tradycyjnego nauczania podkreślali, że nic się nie zmieniło i w myśl nauki Chrystusa udzielenie Komunii takim osobom jest absolutnie niemożliwe, gdyż - co powtórzył wprost w swych dokumentach Jan Paweł II - znajdują się one w stanie permanentnego grzechu ciężkiego.

Wierni na całym świecie bombardowani byli informacjami o nadchodzących zmianach w Kościele - zmianach, które wydawały się wręcz nieprawdopodobne. Zaczęli więc pisać listy z pytaniem: o co chodzi, i pragnęli wspomóc papieża w ucięciu tych niebezpiecznych spekulacji. Takich inicjatyw były dziesiątki, największym echem odbiła się Synowska Prośba do Ojca Świętego podpisana przez ponad 800 tysięcy katolików. Niestety – wszystkie te listy pozostały... bez odpowiedzi z Watykanu.

Inicjatywę podejmowali również i biskupi wierzący w niezmienność nauczania Chrystusa. Jednak odpowiedzi od Ojca Świętego nie doczekali się również kardynałowie - współautorzy książki napisanej specjalnie na tę synodalną okazję. Biuro prasowe Watykanu utrzymywało, że papież nie wypowiada się na ten temat, by nie blokować dyskusji...

Rozpoczęła się więc druga sesja synodu, na którą nie zaproszono już kilku przeciwników tez kardynała Kaspera, biorących udział w zgromadzeniu rok wcześniej. Jednym z pierwszych wystąpień było przemówienie delegata z Panamy, powołującego się na dopuszczenie przez Mojżesza do rozwodów w niektórych sytuacjach. Kardynał zapytał, wprost odnosząc się do papieża: "Mojżesz przychyla się do ludu, ustępuje. Dzisiaj też twardość serca sprzeciwia się planom Bożym. Czy Piotr nie mógłby być tak miłosierny jak Mojżesz?". Wydaje się, że zapomniał, iż to postępowanie Mojżesza wprost skorygował Chrystus - kardynałowi Maestrojuánowi przypomniał o tym więc patriarcha Antiochii, Grégorie III Laham. Sytuację tę opisał na swoim blogu arcybiskup Stanisław Gądecki, po czym… został poproszony o zaprzestanie relacjonowania spotkań biskupów w internecie.

Druga sesja synodu zakończyła się publikacją dokumentu, który jednocześnie zadowolił i niezadowolił wszystkie strony sporu. Otóż akapit o rozwodnikach żyjących w nowych związkach był tak nieprecyzyjny, że każdy odczytywał go po swojemu - progresiści znów ogłosili, że Kościół zmienia nauczanie swego Pana (choć tym razem mówili już jedynie o "podejściu duszpasterskim"), a konserwatyści utrzymywali, że nic się nie zmienia. Wszyscy oczekiwali więc zakończenia zamętu przez papieża, który miał wygłosić przemówienie na koniec synodu.

Franciszek jednak znów nie określił swego stanowiska wprost. Rozstrzygnięcie miało więc zostać ogłoszone w publikowanej zwyczajowo po synodzie adhortacji apostolskiej.

Niejasny przypis i konkretne "Dubia"

Dokument ów ukazał się w kwietniu 2016 roku. Zatytułowano go Amoris laetitia, co oznacza Radość miłości. Pobieżna lektura adhortacji nie dawała odpowiedzi na najbardziej zajmujące komentatorów pytanie: czy można, czy nie można przystępować do Komunii Świętej jako rozwodnik żyjący w nowym związku cywilnym? Papież pisał o konieczności włączenia takich osób w życie parafii i tworzenia atmosfery "niewykluczania ich z Kościoła".

Dopiero dokładniejsze wczytanie się w dokument, a konkretnie w jeden z jego przypisów, pomagało wyciągnąć zgoła inny wniosek - otóż papież przyznał, że takie osoby powinny także być włączane do jedności z Kościołem, w niektórych przypadkach także poprzez udzielanie im sakramentów świętych.

Jakich sakramentów? W jakich sytuacjach? Jakim konkretnie osobom? Tego papież już nie napisał. To tylko potęgowało zamieszanie. I sprawiło, że po raz kolejny różni biskupi tego samego świętego Kościoła katolickiego, ogłaszali inne interpretacje tych samych dokumentów.

Znów zaczęły się więc mnożyć pytania wiernych - znów zatem do Watykanu spływały setki listów podpisanych przez mniejszą lub większą grupę osób. I znów pozostawały bez odpowiedzi. Gdy niektórzy nastawieni progresywnie hierarchowie zaczęli już głosić, że w podległych im diecezjach będzie teraz można po rozwodzie przystępować do Komunii Świętej, inni wyrażali poważne wątpliwości co do zapisów adhortacji. Najodważniejsi okazali się czterej kardynałowie - Raymond Burke, Joachim Meisner, Walter Brandmüller i wspomniany wcześniej Carlo Caffarra - wystosowali do papieża list zatytułowany Dubia, co po polsku przetłumaczyć należy jako Wątpliwości. Z synowską pokorą poprosili Ojca Świętego o odpowiedź na pięć pytań w związku z jego adhortacją. Oni również nie doczekali się odpowiedzi, mimo ponowienia pytania po kilku miesiącach. Do momentu, w którym powstał niniejszy tekst, odpowiedź na Dubia nie nadeszła, a w międzyczasie dwóch z czterech autorów Wątpliwości zmarło.

W tym czasie Konferencja Episkopatu Niemiec ogłosiła, że we wszystkich diecezjach, po szczególnym rozeznaniu i kilkumiesięcznym towarzyszeniu parze niesakramentalnej, spowiednik może zdecydować - mimo iż wciąż mamy do czynienia z rozwodnikami żyjącymi poza swym prawowitym małżeństwem - o dopuszczeniu takich osób do Komunii Świętej. To samo kilka miesięcy później we własnych diecezjach wprowadzili biskupi z Malty oraz Buenos Aires.

Ci ostatni - rodacy papieża Franciszka - poprosili go jednak o odniesienie się do ich rozumienia Amoris Laetitia. Papież tym razem odpisał - w prywatnym liście pochwalił interpretację Argentyńczyków. Ale prywatna korespondencja papieża nigdy nie należała do magisterium Kościoła - więc oficjalnie nadal nie było wykładni niejasnych zapisów adhortacji.

Dyskusja, której nie było

Historycy Kościoła, jak choćby profesor Roberto de Mattei, przyznają, że żaden dokument w dziejach papiestwa nie wywołał jeszcze tak wielu niejasności i żaden nie musiał być interpretowany tak długo przez Kościoły lokalne. Do dzisiaj bowiem swe interpretacje wydało zaledwie kilka episkopatów, a wiele innych nadal nad tym pracuje. W 2017 roku w Stanach Zjednoczonych biskupi ogłosili, że opublikują własną interpretację i wynikające z niej zalecenia najwcześniej w roku 2019 lub 2020!

W międzyczasie do dyskusji nad dokumentem włączały się kolejne środowiska. Głos zaczęli zabierać katoliccy uczeni, zwracający uwagę już nie tylko na niejasności dokumentu, ale także na konsekwencje moralne, jakie przyniesie zmiana owej "nowej troski duszpasterskiej". Taka debata trwała w wielu krajach świata, a jej areną były katolickie media. Ale nie w Polsce. W naszym kraju bowiem redaktorzy katolickich tygodników, telewizji czy radiostacji uznali zapewne, że dyskusja o Amoris laetitia albo czytelników zgorszy, albo w ogóle nie jest potrzebna, bo skoro Rzym przemówił, to sprawa jest zakończona (przyp.RW). Prym w informowaniu więc o stanie dyskusji wiódł nasz portal - PCh24.pl. To dzięki nam polski czytelnik mógł dowiedzieć się, w jaki sposób potraktowano tych, którzy o papieskim dokumencie wypowiadali się bez odpowiednio radosnej miłości. I tak na przykład prominentny amerykański kapucyn, wieloletni doradca Konferencji Episkopatu, został zmuszony do rezygnacji z funkcji po tym, jak skrytykował zapisy adhortacji. Jeden z największych autorytetów w dziedzinie filozofii katolickiej – prof. Joseph Seifert został zwolniony z Międzynarodowej Akademii Filozofii w Grenadzie, którą… sam założył! Podobny los spotkał profesora Thomasa Heinricha Starka z uniwersytetu w austriackim Heiligenkreuz. Szerzej problem ten na łamach niniejszej publikacji opisuje Marcin Jendrzejczak. Aż chciałoby się powiedzieć, że nie ma "radosnej miłości" dla kontestatorów Amoris laetitia...

Żadne konsekwencje nie spotkały jeszcze za to biskupów z Kazachstanu, którzy w odważnym, wiernym nauce Chrystusa wystąpieniu przypomnieli, że praktyka udzielania Komunii Świętej rozwodnikom pozostaje obca wierze katolickiej. Tomasz Peta, arcybiskup metropolii archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie, Jan Paweł Lenga, arcybiskup emerytowany z Karagandy, oraz Atanazy Schneider, biskup pomocniczy archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie, wezwali wiernych do modlitwy, aby papież Franciszek "potwierdził niezmienną praktykę Kościoła w odniesieniu do prawdy o nierozerwalności małżeństwa". Ich prośbę poparło kilku kolejnych biskupów - głównie emerytów. Na reakcję Rzymu, jak w wielu poprzednich przypadkach, wciąż czekamy.

Polscy wierni w awangardzie aktywnych katolików

Podczas synodu ds. rodziny polscy biskupi dzielnie stawiali opór modernistycznym pomysłom kardynałów z Niemiec. Arcybiskup Gądecki mówił o zamachu na trzy sakramenty - Eucharystię, spowiedź świętą i małżeństwo. Arcybiskup Hoser wzywał wręcz do oporu wobec zdrady nauczania Jana Pawła II ! Konserwatywni komentatorzy z całego świata liczyli na ich zdecydowane stanowisko i wzięcie na siebie ciężaru liderowania frakcji broniącej nauczania o małżeństwie.

Po publikacji papieskiej adhortacji sprawa się skomplikowała - biskupi są bowiem w niełatwym położeniu. Jako uczniowie Karola Wojtyły z pewnością nie chcą "zdradzić nauczania Jana Pawła II", a jednocześnie nie jest łatwo powiedzieć zwierzchnikowi, że się z nim nie zgadza.

Dlatego też polskich biskupów postanowili wesprzeć polscy wierni! Do zupełnie unikatowej akcji Polonia Semper Fidelis włączyło się niemal 150 tysięcy polskich katolików, proszących swych pasterzy o potwierdzenie odwiecznego nauczania. Na razie jednak na odpowiedź od Konferencji Episkopatu Polski wciąż czekamy. Tak jak i na wspomnienie o tym niezwykłym zaangażowaniu wiernych przez dziennikarzy mediów katolickich - nie wiedzieć bowiem czemu o akcji napisało wielu autorów świeckich mediów, a media kościelne w Polsce na ten temat niestety milczą.

Być może odpowiedzi doczekają się autorzy innej powstałej w Polsce inicjatywy - Listu "Wątpliwości Rodzin", skierowanego już bezpośrednio do Ojca Świętego, a także do pozostałych hierarchów Kościoła. Organizatorzy tej akcji nadal zbierają podpisy, można je złożyć za pośrednictwem strony www.familiesdoubts.com.

Milczące magisterium i płynące z niego wnioski

Zaskakującym faktem może okazać się istnienie oficjalnej interpretacji Amoris laetitia, i to napisanej przez samego… papieża Franciszka. Tak - taki fakt miał miejsce, choć niewielu o nim słyszało. Otóż Ojciec Święty zdecydował o opublikowaniu swojego listu do biskupów z Argentyny na kartach Acta Apostolicae Sedis - spisu oficjalnych dokumentów Stolicy Apostolskiej, swoistego "dziennika ustaw". W dodatku z adnotacją, że odtąd wchodzić ma w skład papieskiego magisterium. Nikt w Watykanie tej decyzji, podjętej na początku grudnia 2017 roku, nie ogłosił. Ot, dociekliwi dziennikarze znaleźli wspomniany list w rzeczonym spisie. Po raz kolejny wszystko odbyło się w atmosferze zamętu i... milczenia.

A w międzyczasie w kręgach progresywnych interpretacje adhortacji stały się jeszcze śmielsze. Jeden z teologów, współpracowników Papieskiej Akademii Życia wywnioskował z niej, iż można (w niektórych przypadkach) używać antykoncepcji, a jeden niemieckich biskupów Franz-Josef Bode, wyciągnął z dokumentu wniosek o dopuszczalności błogosławienia... par homoseksualnych.

Wszystko to przez ostatnie dwa lata opisywaliśmy szczegółowo na łamach portalu PCh24.pl. Jesteśmy jedynym medium w Polsce tak dokładnie śledzącym narastanie zamętu wokół Amoris laetitia i wzywającym do zakończenia zagadkowego milczenia na ten temat. Zapraszam zatem na nasze łamy każdego dnia.

G R Z E G O R Z   K U C H A R C Z Y K *
- Po Prostu: Kryzys Wiary

Na początek parę obrazków z ostatniej fazy kryzysu:

W lutym 2018 roku Konferencja Episkopatu Niemiec zezwoliła na faktyczną "interkomunię", czyli udzielanie Komunii Świętej - Prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa - ludziom, którzy nie wierzą w Realną Obecność. Taki jest bowiem sens udzielonego przez niemieckich biskupów zezwolenia na udzielanie Komunii Świętej protestantom żyjącym w związku małżeńskim z katolikiem (katoliczką). Znając stanowisko niemieckich biskupów prezentowane już wcześniej (mniej więcej od 1993 roku) odnośnie do udzielania Komunii Świętej osobom rozwiedzionym, a żyjącym w tzw. cywilnych związkach, ta niedawna decyzja Episkopatu Niemiec oznacza po prostu szerokie otwarcie drzwi. Nie Chrystusowi, ale świętokradczemu przyjmowaniu Ciała i Krwi Pańskiej.

Oczywiście, jak zawsze w przypadku podkładania min przez modernistów pod nauczanie Kościoła, także w tym przypadku został zastosowany semantyczny wybieg polegający na zapewnianiu zaniepokojonych wiernych (tj. ludzi wierzących na serio, a nie w kategoriach uiszczania podatku kościelnego), że sprawa dotyczy "przypadków indywidualnych", po "starannym zbadaniu" i będzie stosowana absolutnie "w sytuacjach wyjątkowych".

Krótko po tej fatalnej decyzji niemieckich biskupów głos zabrał niemiecki i wierzący kardynał (gatunek na wymarciu) Walter Brandmüller, który przemówił jak przystało na księcia Kościoła – jasno i bez ogródek. "Jeśli dokument niemieckich biskupów mówi o indywidualnych przypadkach, w których może to być możliwe [interkomunia - G.K.], to jest to jedynie taktyczny krok w kierunku generalnej interkomunii z niekatolikami". Kardynał porównał - jakże celnie - metodę stosowaną przez niemieckich hierarchów do "taktyki salami" i do "nieuczciwej gierki, by osiągnąć swój prawdziwy cel". Kardynał Brandmüller odniósł się również do argumentu stosowanego przez Episkopat Niemiec, który uzasadniając swoją decyzję, tłumaczył, że chodzi o zaspokajanie w ten sposób "eucharystycznego głodu" protestanckich współmałżonków. To kolejna gierka, "melodramatyczny sztafaż" - skomentował niemiecki książę Kościoła. I przytomnie dodał, że "chrześcijanin szczerze pragnący Komunii Świętej i który wie, że nie ma Eucharystii bez Kościoła i Kościoła bez Eucharystii, poprosi o przyjęcie do Kościoła katolickiego. Cokolwiek innego byłoby czymś wątpliwym i nieuczciwym".

Na początku lutego 2018 roku kardynał Reinhard Marx, przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec, arcybiskup Monachium i Fryzyngi, członek grupy kardynałów - doradców skupionych wokół papieża Franciszka, w czasie swojej homilii wygłoszonej z okazji dziesięciolecia objęcia przez siebie arcybiskupiej godności, z troską pytał "dlaczego Kościół nie zawsze idzie do przodu, gdy chodzi o żądania płynące od niektórych katolików, a odnoszące się na przykład do diakonatu dla kobiet, błogosławienia par homoseksualnych albo zniesienia obowiązkowego celibatu".

Zatroskany modernista ubrany w purpurę od razu też udzielił odpowiedzi na to pytanie. Jak się okazało, dla Jego Eminencji (z pewnością nie z przyczyn osobistych, ale z powodu palącej troski duszpasterskiej) najpilniejszą sprawą jest "bliższa opieka duszpasterska" nad homoseksualistami, w tym udzielenie im "duchowego zachęcenia". Zapytany potem przez dziennikarza bawarskiego radia, czy wyobraża sobie "błogosławienie" par homoseksualnych w kościele, kardynał Marx przytaknął. Zastrzegając oczywiście, że "chodzi o indywidualne przypadki", "po ich starannym rozpatrzeniu" i że "nie może być tutaj żadnych generalnych rozwiązań".

Do skandalicznych słów niemieckiego purpurata, które w normalnej sytuacji (a od takiej daleko jesteśmy dzisiaj w Kościele) spowodowałyby prawdziwy wstrząs, natychmiastową reakcję Kongregacji Nauki Wiary (no, ale nie po to ją spacyfikowano) i wezwanie na pilną audiencję przez samego Ojca Świętego, odniósł się inny niemiecki kardynał - Paul Josef Cordes. Komentując słowa swojego współbrata (w kapłaństwie) i rodaka, stwierdził: "Kościelne błogosławieństwo jako zatwierdzenie relacji, która jest przeciwna woli Boga? To rzeczywiście wygląda na bluźnierstwo".

Kardynał Cordes zauważył, że monachijski metropolita "źle rozumie duszpasterską troskę", bowiem zrównuje ją z "jakąś formą sentymentalnej akceptacji" i prezentuje w ten sposób "nową wersję etyki sytuacyjnej", która neguje istnienie rzeczy złych samych w sobie, takich jak akty homoseksualne. Emerytowany przewodniczący Papieskiej Rady "Cor Unum" odniósł się również do stosowanych z lubością przez dzisiejszych modernistów sztuczek słownych: A co z »indywidualnymi przypadkami« w odniesieniu do aktywności członków mafii? A co z duszpasterską troską wobec lekarzy, którzy wykonują aborcję? Któryż z ludzi Kościoła jest w końcu tak zarozumiały, by bardziej oczekiwać zbawienia ze strony swojego źle rozumianego "współczucia", aniżeli ze wsłuchiwania się w Bożą Wolę? Któryż sługa wie o tym lepiej od swojego Mistrza? W każdym razie stanowisko św. Augustyna pokazuje kardynałowi [Marxowi] jego granice: "Kochaj błądzących, ale zwalczaj ich błąd! Bez popadania w pychę chlub się posiadaniem prawdy; walcz o nią z łagodnością i dobrocią!".

Na nic napomnienia Ojca Kościoła i wierzącego kardynała. W połowie marca, podczas prezentacji najnowszej publikacji kardynała Waltera Kaspera (drżyj ludu wierny!) pt. "Przesłanie Amoris laetitia: braterska dyskusja" dowiedzieliśmy się z ust samego autora, bardzo cenionego przez papieża Franciszka teologa, że związki homoseksualne "zawierają elementy" chrześcijańskiego małżeństwa, chociaż związki te - rzecze kardynał Kasper - "nie zawierają w pełni, albo jeszcze nie zawierają w pełni, ideału [chrześcijańskiego]".

Dodajmy, że ten sam kardynał w 2015 roku poparł referendalną decyzję Irlandczyków, którzy poparli legalizację tzw. małżeństw jednopłciowych, stwierdzając: "Demokratyczne państwo ma obowiązek uszanować wolę ludzi. Wydaje się jasne, że większość ludzi chce związków homoseksualnych, państwo ma obowiązek uznać te prawa".

Tylko niech nikomu nie przyjdą do głowy niecne myśli, że to nagłe zaangażowanie niemieckich hierarchów (przecież w podobny sposób wypowiadał się biskup Monastyru Franz Josef Bode, a w 2015 roku Reiner Koch, podówczas biskup Miśni, dzisiaj metropolita Berlina, w oczekiwaniu na kapelusz kardynalski) ma jakiś związek z ich osobistymi preferencjami, czy potrzebami (niekoniecznie duchowymi). To byłoby podłe oskarżenie. Przecież wiadomo, że chodzi o "podążanie za oczekiwaniami niektórych katolików", o "towarzyszenie" i staranne rozpatrzenie "indywidualnych przypadków".

Jedno jest wszakże pewne. Te kilka zaledwie przytoczonych przykładów dokumentuje narastające zamieszanie, którego jesteśmy obecnie świadkami w Kościele powszechnym. Na naszych oczach spełnia się zapowiedź Matki Bożej z Akita o tym, że "biskup wystąpi przeciw biskupowi".

Imię obecnej fazy choroby, na którą cierpi nasza duchowa Matka - Kościół, to: chaos. Nie ma co ukrywać - wielokrotnie była o tym mowa na tych łamach - że wydarzeniem, które w wydatny sposób przyczyniło się (i ciągle to czyni) do jego pogłębienia, jest adhortacja Amoris laetitia - prawdziwa "bomba atomowa podłożona pod teologię moralną Kościoła" (prof. Josef Seifert). Efekty jej promieniowania już widzimy w postaci swoistej "decentralizacji" obowiązywania Dekalogu - do Odry szóste przykazania obowiązuje z wyłączeniem "wyjątkowych przypadków", po "starannym rozpatrzeniu", etc. A na wschód od Odry (póki co) Dekalog wraz z jego szóstym przykazaniem obowiązuje bezwarunkowo.

Pominę tutaj długą historię zamieszania wprowadzonego przez "AL". Tylko parę przykładów z ostatnich tygodni. Kardynał Wim Eijk, arcybiskup Utrechtu, w wywiadzie udzielonym pod koniec stycznia tego roku dla holenderskiej gazety "Trouw", wprost wezwał papieża Franciszka do "stworzenia jasności" odnośnie do tego dokumentu, by "usunął wątpliwości". I dodał: "Nie można zmieniać doktryny w przypisach albo rzucanymi luźno uwagami w samolocie".

Jakże jednak papież ma "stworzyć jasność" w sprawie "AL", skoro sam sprawia wrażenie, że nie ma co do tego dokumentu pewności. Z jednej strony bowiem nakazuje wpisać do Acta Apostolicae Sedis swój list do biskupów regionu Buenos Aires, w którym afirmuje interpretację "AL" jako zezwolenie dla rozwodników do przyjmowania Komunii Świętej. Z drugiej strony, podczas audiencji generalnej 13 marca 2018 roku przemawiając do polskich pielgrzymów, ten sam papież potwierdził, że "osoba żyjąca w grzechu śmiertelnym nie może otrzymać Komunii Świętej". No, chyba że mamy w tym przypadku do czynienia z zatwierdzeniem "decentralizacji Dekalogu" (w Polsce obowiązuje w całości, za granicą z wyłączeniem "indywidualnych przypadków").

Imię kryzysu to chaos. A jaka jest jego przyczyna? Tę wskazał wielki świadek wiary w czasach zamętu, kardynał Robert Sarah, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Pochodzący z Gwinei purpurat opanował trudny język "tak - tak, nie - nie" i nie waha się go używać. Pod koniec lutego 2018 roku podczas swojej wizyty w Belgii, prezentując swoją książkę "Bóg albo nic", powiedział, że "brakuje wiary, nie tylko wśród ludu Bożego, ale również wśród tych, którzy są odpowiedzialni za Kościół. Czasami możemy spytać się samych siebie, czy my rzeczywiście wierzymy". Kardynał - prefekt nie wskazując z imienia niemieckich hierarchów, zauważył, że "niektórzy wysoko postawieni biskupi, zwłaszcza ci pochodzący z zasobnych narodów, pracują na rzecz spowodowania zmian w chrześcijańskiej moralności w odniesieniu do absolutnego szacunku dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci, w odniesieniu do osób rozwiedzionych żyjących w związkach cywilnych. Ci "strażnicy wiary" nie mogą wszakże pomijać faktu, że problem stworzony przez fragmentację celów małżeństwa jest problemem naturalnej moralności".

Z kolei w zeszłym roku kardynał Sarah zwrócił uwagę, że rozprzestrzeniające się niedowiarstwo ma swoje odniesienie do publicznej modlitwy Kościoła: "Poważny kryzys wiary, nie tylko wśród wiernych, ale zwłaszcza wśród księży i biskupów, sprawił, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć Eucharystii jako ofiary, jako identycznej z aktem dokonanym raz i na zawsze przez Jezusa Chrystusa, uobecniającej Ofiarę Krzyża w bezkrwawy sposób w całym Kościele, poprzez wieki, miejsca, pośród ludzi i narodów".

Jakże nie przyznać racji afrykańskiemu kardynałowi i nie zauważyć, że tylko brak wiary na serio w Realną Obecność Chrystusa na ołtarzu i w Najświętszym Sakramencie może tłumaczyć skandaliczne decyzje o interkomunii z protestantami lub równie gorszące dywagacje o "duchowym zachęcaniu" osób niekryjących swoich dewiacyjnych zachowań, czy wcześniejsze zezwolenie do przystępowania do Komunii przez osoby żyjące w "cywilnych związkach".

Kryzys wiary rodzi nieuchronnie także kryzys właściwego rozumienia Kościoła. "Czy Kościół jest firmą, która ma poprawić świat? Organizacją pozarządową na rzecz pomagania ludziom w tym życiu?". Te pytania kardynała Brandmüllera wypowiedziane przy okazji odrzucenia błędnych intencji tkwiących za pomysłami interkomunii są bardzo trafne, ale i brzmią dramatycznie, bo wskazują, że dla większości zwolenników "zmiany paradygmatu Kościoła", chodzi o zamianę Oblubienicy Chrystusa w jeden wielki "NGO". Teraz celem nie ma być prowadzenie ludzi wąską i ciernistą drogą do zbawienia, ale to, żeby było przyjemnie, funkcjonalnie, wszak Bóg "kocha wszystkich" i nikt "nie może czuć się odrzucony".

Warto w tym kontekście przypomnieć, co o tym zjawisku pisał niemal czterdzieści lat temu kardynał Joseph Ratzinger: "Istnieje też fałszywy optymizm, będący z gruntu optymizmem nieprawdziwym. Gdy twierdzi się, że w Kościele prowadzi się dziś jedynie eksperymenty zbawienne i pożyteczne, że przecież wszyscy naokoło są pełni dobrej woli i nie trzeba być zrzędą, to fałszuje się prawdę. Są eksperymenty, które dawno przefunkcjonowały wiarę aż do jej jądra, aż do podstawowego dogmatu o Trójcy Świętej".


* Autor jest historykiem, profesorem nauk humanistycznych, pracuje w Polskiej Akademii Nauk. Napisał wiele książek, między innymi o historii Kościoła, jak np.: "Nienawiść i pogarda. Dwa stulecia walki z Kościołem", "Zbrojne pielgrzymki. Historia wypraw krzyżowych", "Mity i fakty. Zeszyty historii Kościoła", "Christianitas - od rozkwitu do kryzysu", "Christianitas - między Niemcami i Rosją".

P A W E Ł   C H M I E L E W S K I
- Jak Niemcy "uwolnili się" od Rzymu

Przez ponad 40 lat Niemcy zabiegali o dopuszczenie rozwodników do Komunii Świętej. Watykan odrzucał ich prośby, oni - w praktyce odrzucali Magisterium. Adhortacja Amoris laetitia przyniosła na tym polu rewolucję, ale progresiści zza Odry mają apetyt na znacznie więcej.

W "trosce" o cudzołożników

Temat rozwodników w nowych związkach pojawił się z olbrzymią intensywnością pierwszy raz podczas Synodu Würzburskiego w latach 1971-1975. Przewodniczącym Episkopatu był wówczas kardynał Julius Döpfner, jedna z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci Soboru Watykańskiego II . Na synodzie zaznaczył się wyraźny podział na tych, którzy życzyli sobie trwania przy Magisterium, oraz na tych wypatrujących zmiany. Ci drudzy mieli zdecydowaną przewagę. Posynodalny dokument obszernie wykładał ich racje. Progresiści argumentowali, że nakładany na chcących przyjmować sakramenty rozwodników wymóg życia w czystości "jest pomocny tylko w rzadkich sytuacjach". Postulowali umożliwienie podejmowania "indywidualnej decyzji sumienia" i "rozpatrywania każdego poszczególnego przypadku". Jako koronny argument za zmianami wskazywali, że rozwodnicy często wraz z całymi rodzinami odwracają się od Kościoła. W latach 70. masowa apostazja była już palącym problemem, rocznie z Kościoła występowało regularnie blisko 100 tysięcy osób (dziś dwa razy tyle!). Okryty złą sławą podatek kościelny obowiązywał od lat 40. Ostatecznie Niemcy zwrócili się z prośbą o rozstrzygnięcie problemu do Watykanu, nie kryjąc, jaka decyzja ich zadowoli.

Heterodoksyjny katechizm?

Rozstrzygnięcie przyszło w roku 1981. Zasiadający od trzech lat na Tronie Piotrowym Jan Paweł II opublikował w listopadzie adhortację Familiaris consortio (FC), podtrzymując warunek życia w czystości dla rozwodników chcących przystępować do Komunii Świętej. Tę zasadę wpisano do promulgowanego w dwa lata później Kodeksu Prawa Kanonicznego. Rosnące w siłę skrzydło liberalne niemieckiego episkopatu nie mogło być zadowolone. W 1986 w dokumencie posynodalnym diecezji Rottenburg-Stuttgart zaapelowano do całego episkopatu o poszukiwanie dróg dopuszczenia aktywnych seksualnie rozwodników do sakramentów. W 1993 roku z oficjalną prośbą do Stolicy Apostolskiej o zgodę na umożliwienie wyjątków od reguły wystąpiło trzech biskupów - Walter Kasper, Karl Lehmann i Oskar Saier. Kierowana przez kard. Józefa Ratzingera Kongregacja Nauki Wiary podjęła z nimi dialog, zaś w roku 1994 wystosowała list do wszystkich pasterzy Kościoła katolickiego, potwierdzając nauczanie FC. Głos Kongregacji Niemcy jednak zlekceważyli. W 1995 roku wydali drugi tom Katechizmu dla dorosłych, obejmujący także kwestię rozwodników. Nauczanie sformułowane jednoznacznie w Katechizmie Kościoła Katolickiego z roku 1993 otwarcie rozmyto, pisząc o przyjmowaniu sakramentów przez rozwodników: "Prawo kościelne może zaprezentować tylko pewien ogólnie obowiązujący porządek, nie może jednak regulować wszystkich bardzo skomplikowanych poszczególnych przypadków". Wśród autorów tomu byli między innymi hierarchowie Kasper i Lehmann.

Bunt arcybiskupa Zollitscha

W kolejnych latach Stolica Apostolska jeszcze kilka razy potwierdziła swoje nauczanie. Jest tajemnicą poliszynela, że w wielu diecezjach Niemiec ignorowano zdanie Watykanu. Sprzyjał temu zanik praktyki spowiedzi: do Komunii Świętej przystępowali po prostu wszyscy obecni na Mszy Świętej, włącznie z rozwodnikami. Liberalnym biskupom bardzo mocno zależało jednak ciągle na oficjalnym ogłoszeniu zmiany; wierzyli, że to pozwoli ograniczyć apostazję. Temat wrócił z całą mocą podczas pielgrzymki Benedykta XVI do Niemiec w roku 2011. Ówczesny przewodniczący Episkopatu, abp Robert Zollitsch otwarcie opowiadał się za dopuszczeniem rozwodników do Komunii Świętej. W kolejnym roku zapewniał w mediach, że to już tylko "kwestia czasu". Okazało się, że miał rację. Jesienią roku 2013, już za pontyfikatu Franciszka, władze duszpasterskie diecezji Fryburga opublikowały dokument adresowany do księży, w którym zaprezentowano całkowicie heterodoksyjne warunki przystępowania do sakramentów przez rozwodników. Zollitsch był wtedy administratorem apostolskim Fryburga. Po publikacji dokumentu Kongregacja Nauki Wiary wezwała natychmiast do jego wycofania. Arcybiskup powiedział, że tekst ukazał się przedwcześnie, ale poleceniom Kongregacji odmówił. Doskonale wiedział, co robi. Szło nowe.

Kasper doradza Piotrowi

W lutym 2014 roku na prośbę Franciszka na konsystorzu wykład o miłosierdziu wygłosił kardynał Walter Kasper, co wprost sygnalizowało, w jaką stronę może pójść papież w sprawie rozwodników. W ujęciu Kaspera "miłosierdzie" miało stanąć ponad prawem. Na Synod Biskupów w 2015 roku Niemcy wysłali progresywną delegację. Pojechali: przewodniczący Episkopatu kard. Reinhard Marx, jego zastępca biskup Franz-Josef Bode, a także biskup Heiner Koch - wszyscy zgodnie opowiadający się za rewolucją Kaspera. Wiedzieli, czego chcą. Jeszcze w lutym 2015 r. kardynał Marx ogłosił oficjalnie, że Niemcy "nie są filią Rzymu", więc mogą iść "własną drogą" w sprawie rozwodników. Kasper, zaproszony na synod przez samego papieża, czuwał nad pracami; ostatecznie kwestię rozwodników rozstrzygnięto w pracach niemieckojęzycznej grupy synodalnej, gdzie wyróżniał się także wiedeński kardynał Christoph Schönborn. Tekst przygotowany przez Niemców niemal w całości znalazł się w opublikowanej w kolejnym roku adhortacji Amoris laetitia; papież dodał jeszcze słynny przypis nr 351. Po publikacji "AL" w Niemczech radości nie było końca.

Kardynał Kasper ogłosił – tyleż pompatycznie, co enigmatycznie - że adhortacja to "przełom duszpasterski". Co miał na myśli? Sprecyzował to wkrótce wpływowy i cieszący się względami episkopatu teolog z Monastyru, Hubert Wolf. Na łamach poczytnej lewicowej "Süddeutsche Zeitung" ogłosił, że doszło do "zasadniczej zmiany paradygmatu w papieskim nauczaniu wiary". "AL" to "rewolucja" polegająca na "zrozumieniu konieczności odmiennej interpretacji kościelnego nauczania w różnych obszarach świata". Mówiąc krótko - to dokładnie to samo, co rzecznik Watykanu, ks. Greg Burke nazwał ostatnio przydaniem "pewnego autorytetu doktrynalnego" episkopatom w ramach decentralizacji Kościoła. Zmianę w sprawie rozwodników ogłoszono po prostu błyskawicznie. Portal episkopatu Katholisch.de zaledwie trzy dni po publikacji "AL" napisał, że... "Franciszek przyznał pełną rację dokumentowi diecezji Fryburga z 2013 roku" - temu, którego wycofania domagała się Kongregacja Nauki Wiary. Wkrótce oficjalnie potwierdził to arcybiskup Fryburga, Stephan Burger. Przyznał on, iż papież po prostu usankcjonował praktykę, którą w jego diecezji dopuszczało się już i tak od wielu lat.

Zerwanie z Magisterium

Formalnie zerwanie z nauczaniem Kościoła nastąpiło w lutym roku 2017. Episkopat wydał wówczas dokument, w którym wprost dopuścił rozwodników do Komunii Świętej, nie wspominając ani słowem o nakazie zachowywania czystości w ponownym związku. Kardynał Marx poinformował, że takie rozwiązanie przyjęto zdecydowaną większością głosów. Wszystko opatrzono oczywiście zastrzeżeniami o "wyjątkowych przypadkach" i "długim towarzyszeniu". Później tylko jeden z niemieckich biskupów zgłosił ograniczone votum separatum. Rudolf Voderholzer z Ratyzbony wydał w marcu wytyczne, według których nauczanie FC nadal obowiązuje. Napisał jednak, że o nieważności sakramentalnego małżeństwa mogą po wnikliwych rozmowach rozstrzygać także duszpasterze. Podkreślił też, że jeżeli takiej nieważności nie da się stwierdzić, dla przyjmowania sakramentów konieczna jest w powtórnym związku czystość; zalecił przy tym, tak czy inaczej, wszystkim rozwodnikom rezygnację z przystępowania do Komunii. Innych niż Voderholzera głosów, nie do końca zgodnych z dokumentem Episkopatu, nie było.

Na tym sprawa rozwodników została w Niemczech finalnie zamknięta, naturalnie przy wielkim aplauzie progresywnych teologów i postępowego, opłacanego przez episkopat Centralnego Komitetu Niemieckich Katolików (ZdK). Owszem, były też głosy oporu. Protestowało szacowne, ale pozbawione większego wpływu konserwatywne Forum Niemieckich Katolików. Były też krytyczne głosy biskupów i uczonych z Niemiec (kard. Gerharda Müllera, kard. Paula Cordesa, bp. Athanasiusa Schneidera, prof. Roberta Spaemanna), Austrii (bp. Andreasa Launa, prof. Josefa Seiferta), Szwajcarii (bp. Vitusa Huondera). Marx uznał, że może to wszystko zignorować - i pójść o krok dalej.

To nie koniec, czyli protestanci, homoseksualiści i antykoncepcja

Po tegorocznym, lutowym zebraniu Episkopatu Niemiec nastąpił kolejny akt rewolucji. Biskupi obwieścili, że dopuszczają do Komunii Świętej tych protestantów, których małżonek jest katolikiem, a którzy bardzo chcą przystępować do Eucharystii wspólnie. Uczyniono to z zupełnie jawnym pogwałceniem Kodeksu Prawa Kanonicznego i Katechizmu. Zgodnie z KPK, protestant może przyjąć Eucharystię, jeżeli podziela katolicką wiarę, chodzi o jego zbawienie i nie ma dostępu do duszpasterza własnej wspólnoty. W sytuacji małżeństw nie chodzi o zbawienie, a zawsze jest dostępny pastor. Niemcy uznali, że wystarczy odczuwanie "duchowego głodu". Na jakiej podstawie? Wymienili z nazwy - oprócz zmanipulowanego KPK - tylko jeden dokument, czyli Amoris laetitia.

Wśród kolejnych celów niemieckich progresistów jest teraz doprowadzenie do zmiany oceny związków homoseksualnych. O możliwości ich błogosławienia mówił niedawno otwarcie biskup Franz-Josef Bode, a kard. Marx poinformował, że problemem zajmuje się już specjalna komisja.

Niemcy chcieliby też doprowadzić do zniesienia zakazu stosowania sztucznej antykoncepcji. Już w 1968 roku Episkopat wydał oświadczenie, w którym poinformowano wiernych, że mogą zignorować nauczanie Humanae vitae w tym zakresie. Wiemy, że w Watykanie pracuje już komisja zajmująca się "ponownym odczytaniem" encykliki Pawła VI.

Czy "AL" wystarczy, by te cele osiągnąć? "Rewolucja duszpasterska" to chyba naprawdę nie tylko rozwodnicy. W okolicach tegorocznych Walentynek w Austrii, na terenie diecezji Linz, duchowni zaoferowali udzielenie błogosławieństwa parom jednopłciowym. W oficjalnej gazecie diecezjalnej jeden z księży mówił, że takie jest nauczanie "AL", która zabrania dyskryminacji homoseksualistów. Na Uniwersytecie Gregoriańskim prof. Maurizio Chiodi wygłosił wykład, w którym bazując na "AL", powtórzył tezy Niemców z 1968 roku i zaproponował dopuszczalność antykoncepcji. Jeżeli tylko się da, kardynał Marx na pewno po raz kolejny chętnie pokaże, że może iść "odrębną drogą".

G R Z E G O R Z   K U C H A R C Z Y K
Zero-jedynkowi rygorości czy obrońcy moralnego Westerplatte?

Po jednej stronie są "rygorystyczni konserwatyści", którzy ciągle mówią o grzechu, nie dostrzegają potrzeb współczesnego człowieka. Po drugiej jest "słuchające Magisterium", ukierunkowane nie tyle na suche przepisy doktryny, co raczej na "wezwania duszpasterskie". Tak rzeczywistość w Kościele opisują ci - od niemieckich kardynałów, forsujących "zmianę paradygmatu Kościoła", po naszych katolickich publicystów, dających odpór wszystkim zgłaszającym swoje wątpliwości wobec skutków Franciszkowego "rabanu" - którzy oczywiście nie chcą podziałów w Kościele i stronią (deklaratywnie) od ferowania zero-jedynkowych osądów.

Taki zabieg myślowy, daleki od logicznej spójności zastosował komentator "Gościa Niedzielnego" (Jacek Dziedzina), który zestawił czterech kardynałów, sygnatariuszy listu z 19 września 2016 roku do prefekta Kongregacji Nauki Wiary (nie do papieża, jak mylnie twierdzi autor) z opisanymi w Ewangeliach faryzeuszami, domagającymi się od Pana Jezusa odpowiedzi "albo tak, albo nie", tak aby "pochwycić go na słowie".

Cóż, można odpowiedzieć, że na kartach Ewangelii to sam Zbawiciel domaga się od swoich uczniów, by ich "mowa była tak - tak, nie - nie", bo co nadto jest "od Złego pochodzi". Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zasugeruje, że to "zbytni rygoryzm"?

Obowiązkiem każdego kardynała Świętego Kościoła Rzymskiego jest doradzanie papieżowi w ważnych dla Kościoła sprawach. Czy może być ważniejsza sprawa od zachowania wierności nauczania Kościoła - nie jakiemuś faryzejskiemu nauczaniu, ale słowom samego Chrystusa, który niejednokrotnie na kartach Ewangelii i przez tysiąclecia historii Kościoła mówi o nierozerwalności sakramentu małżeństwa, i który przez swoich Apostołów (por. św. Pawła) ostrzega przed niegodnym przyjmowaniem Sakramentu Ołtarza. A do zakwestionowania tych słów sprowadzają się kontrowersyjne fragmenty adhortacji Amoris Laetitia, co do których swoje wątpliwości zgłaszają (bo mają taki obowiązek jako kardynałowie!) czterej sygnatariusze listu.

Nie ma zero-jedynkowych sytuacji? Należy ich unikać, bo tchnie to faryzeizmem? A co w takim razie z "moralnym Westerplatte", "sprawami, od których nie można odstąpić, nie można zdezerterować"? Co z wezwaniem, by "wymagać nawet wtedy, gdy inni od nas wymagać nie będą"? Przecież te czasy, które przepowiadał św. Jan Paweł II (w zaprezentowanej przez komentatora "Gościa" logice również zero-jedynkowy faryzeusz), już nadeszły.

W tle krytyki formułowanej pod adresem kardynałów Burke'a, Brandmüllera, Caffarry i Meisnera tkwi głębszy problem; problem błędnego rozumienia miłosierdzia. Widać to również w sposobie inkryminowania tego listu przez red. Tomasza Teluka w "Małym Dzienniku". Swoją drogą, to ciekawe, że autor zarzucający czterem kardynałom występowanie przeciw programowi duszpasterskiego miłosierdzia papieża Franciszka, sam z pewną dezynwolturą (delikatnie mówiąc) odnosi się do praktyki odpustów. Przypomina się w tym kontekście niedawne spostrzeżenie prof. Roberto de Matteiego, który zauważył, że w czasie Jubileuszowego Roku Miłosierdzia temat odpustów zupełnie zniknął z nauczania papieża i innych pasterzy Kościoła. Rzeczywistym problemem Kościoła powszechnego jest bowiem nie tyle spowiedź o takiej, czy innej taryfie, co raczej fakt zaniknięcia w wielu krajach praktyki spowiedzi jako takiej.

Kto nie potrzebuje miłosierdzia? Bóg, bo jest bez grzechu. Co zrobić z tym lepszym, bo współczesnym człowiekiem, który przeważnie czuje się jak Bóg? Nie tylko nie uznaje swojej grzeszności, ale nie uznaje grzechu jako takiego. Wydaje się więc, że "potrzeba duszpasterska" nakazywałaby w tej sytuacji tym usilniejsze przypomnienie współczesnemu człowiekowi jego grzesznej kondycji, a nie chowanie się za formułkami o "zero-jedynkowych odpowiedziach" i "spowiedziach taryfowych". Łaski Bożego Miłosierdzia nie należy mylić z "korektami" prawa kanonicznego w zakresie unieważnienia małżeństw czy dopuszczania do Komunii świętej osób rozwiedzionych żyjących w cywilnych związkach. Po co komu Boże Miłosierdzie, jeśli wszystko załatwi przypis do adhortacji?

W 2016 roku biskup Pasawy Stefan Oster napisał na swoim blogu obszerną analizę przyczyn współczesnego kryzysu Kościoła w Niemczech. Moim zdaniem, analiza dotyka istoty rzeczy nie tylko w odniesieniu do Kościoła naszych zachodnich sąsiadów. Odnosząc się do popularnego nad Renem w epoce tzw. reform posoborowych hasła "Przesłanie radości zamiast przesłania strachu" (Frohbotschaft statt Drohbotschaft), biskup Oster zauważył: "Jednym z głównych problemów tamtego czasu jak i obecnie jest to, że wraz z wielkim i nowym "otwarciem się na świat" księży, zakonników i Kościoła generalnie, ta głoszona przez Sobór [Watykański Drugi] radosna wieść o powszechnym zbawieniu potajemnie przekształciła się w swego rodzaju "automatyzm zbawienia": Skoro Bóg kocha wszystkich ludzi i dla wszystkich umarł, z pewnością więc wszyscy będą zbawieni, automatycznie!".

Bawarski biskup zauważył wyparcie ze współczesnego przepowiadania w Kościele tych fragmentów Ewangelii, które wprost mówią o konieczności wyrzeczeń i pracy nad sobą, o konieczności "podjęcia swojego krzyża": "Dzisiejszy kryzys powołań do kapłaństwa i zakonów, oprócz innych czynników, bierze się właśnie z tego, że tylko w nielicznych parafiach, wspólnotach istnieje doświadczenie wiary, w którym podkreśla się i żyje się tym, że w wierze chrześcijańskiej chodzi o osobiste opowiedzenie się za Chrystusem oraz tym, że im bardziej głęboka jest duchowa droga osoby wierzącej, tym bardziej droga ta musi być wyrazista".

Jakby to powiedzieć? Zero-jedynkowa?

P A W E Ł   C H M I E L E W S K I
- Kardynał Kasper i rozwodnicy, czyli triumf z tego świata

24 lata trwały zmagania o dopuszczenie rozwodników do Komunii świętej. W roku 1994 kardynał Józef Ratzinger odrzucił propozycję kard. Waltera Kaspera, przedstawioną rok wcześniej, jako niekatolicką. W roku 2017, za przyzwoleniem Ojca Świętego, niemiecki episkopat poszedł "własną drogą" i tę samą propozycję uczynił obowiązującą. Kasper czekał długo, ale w końcu się doczekał.

Opublikowana w 1981 roku adhortacja apostolska Familiaris consortio była poważnym ciosem dla kościelnych progresistów, zwłaszcza w tych krajach, które masowo traciły wiernych wskutek rozchodzenia się nauki moralnej Kościoła z wyobrażeniami społeczeństwa przeżartego liberalną rewolucją seksualną. Ojciec Święty jednoznacznie zakazał przystępowania do Stołu Pańskiego tym rozwodnikom, którzy nie żyliby w ponownym związku w czystości. Silne kontruderzenie modernistów przyszło w roku 1993. Trzech niemieckich biskupów - Walter Kasper, Oskar Saier i Karl Lehmann - przygotowało list postulujący zmianę nauczania kościelnego. Tekst odczytano we wszystkich parafiach na terenie zarządzanych przez nich diecezji, odpowiednio Rottenburga-Stuttgartu, Moguncji i Fryburga. Propozycja biskupów zakładała generalnie to samo, o czym słyszymy dzisiaj. Zasadniczo rozwodnicy w nowych związkach nieżyjący w czystości mieliby być nadal wyłączeni od sakramentów, ale... poza pewnymi wypadkami. Takimi jak niesprawiedliwe porzucenie przez małżonka czy też sytuacja pełnego przekonania o niedającej się wprawdzie udowodnić, ale mimo wszystko subiektywnie zachodzącej nieważności małżeństwa. Długie rozważanie na forum internum, pokuta, wreszcie dojrzała decyzja sumienia miały otwierać w takich przypadkach drzwi do Komunii świętej.

Ratzinger nie pozwala

Odpowiedź Watykanu była szybka i wyraźna. Kongregacja Nauki Wiary kierowana przez kard. Józefa Ratzingera już w rok później wydała specjalny list poświęcony tylko tej kwestii. Jego autorzy sprzeciwili się rozwiązaniu zaproponowanemu przez niemieckich biskupów. Prefekt Kongregacji przypomniał, że choć taka "liberalna" droga była proponowana przez niektórych Ojców Kościoła i chociaż niekiedy praktykowana, to nigdy nie uzyskała powszechnej zgody. Komunii dla rozwodników nie zaaprobowało Magisterium, określające w wierności Pismu Świętemu i Tradycji prawdziwy depozyt wiary. Ratzinger przypomniał słowa Jana Pawła II z "Familiaris Consortio": "sytuacja rozwodników w nowym związku nie tylko obiektywnie zaprzecza unii Chrystusa i Kościoła. Dopuszczenie ich do Komunii świętej byłoby też wielkim zgorszeniem, siejąc wśród wiernych pomieszanie na temat kościelnej nauki o nierozerwalności małżeństwa".

"Struktura adhortacji [Familiaris Consortio - red.] i ton jej słów dają jasno do zrozumienia, że praktyka, która przedstawiona jest jako wiążąca, nie może zostać zmodyfikowana ze względu na różne sytuacje. Wierni żyjący razem niczym mąż i żona z osobami innymi niż ich prawowici małżonkowie, nie mogą otrzymywać Komunii świętej. Jeżeli uznaliby [jednak], że jest to możliwe, duszpasterze i spowiednicy, biorąc pod uwagę ciężką materię i dobro duchowe tych osób oraz powszechne dobro Kościoła, mają poważny obowiązek wskazania im, że taka ocena sumienia jawnie przeczy nauczaniu Kościoła" - pisała Kongregacja. Sprawa, wydawałoby się, została raz na zawsze rozstrzygnięta.

Pierwszeństwo Kościoła powszechnego nad Kościołem lokalnym

Propozycja trzech niemieckich biskupów wyrastała w dużej mierze z odmiennego rozumienia Kościoła. W 1992 roku Kongregacja Nauki Wiary w liście "Communionis notio" pouczyła, że istnieje historyczne i ontologiczne pierwszeństwo Kościoła powszechnego przed Kościołem lokalnym. Z tym Kasper nie chciał się zgodzić, wkrótce po publikacji listu wchodząc w polemikę z Ratzingerem. Odmienne rozumienie Kościoła Kasper przechował do dziś. Według niego, istnieje wprawdzie niepodważalne pierwszeństwo powszechnego Kościoła preegzystującego i eschatologicznego, ale już nie pierwszeństwo powszechnego Kościoła empirycznego, czyli ziemskiego. Relacja między powszechnym Kościołem ziemskim a Kościołami lokalnymi jest - zdaniem Kaspera - inna, niż uczy Kongregacja, polegająca jakoby na swoistej równości, w ujęciu Kaspera, powołującego się na myśl Henriego de Lubaca, jednoczesności występowania. Ta różnica ma daleko idące konsekwencje. W ujęciu Kaspera, to do Kościołów lokalnych należy rozstrzyganie wielu problemów, w których dotychczas wyrokował Rzym. "Jako biskup dużej diecezji obserwowałem, jak rodzi się i stale narasta rozdźwięk między normami ogłaszanymi w Rzymie dla Kościoła powszechnego, a potrzebami i praktykami naszego Kościoła lokalnego" - ubolewał Kasper na łamach jezuickiego magazynu "America" w 2001 roku. Ogólne reguły zalecane przez Rzym, skarżył się dalej, są niekiedy wprost szkodliwe wobec wysiłków podejmowanych przez biskupów miejsca. Przykładem choćby "kwestie etyczne, dyscyplina sakramentów i praktyka ekumeniczna". "We wszystkim, co istotne, [Kościół ziemski - red.] musi zabiegać o jedność, dopuszczając jednak we wszystkim innym autonomię i różnorodność" - pisał Kasper po latach w podsumowującej jego rozumienie Kościoła pracy "Kościół katolicki. Istota, rzeczywistość posłannictwo", w Niemczech wydanej w roku 2011, a w Polsce w 2014.

Papież Franciszek

Koncepcje Kaspera przez całe lata nie miały pożądanej przezeń siły przebicia. Kardynał Józef Ratzinger, najpierw jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, później jako papież Benedykt XVI, był przeszkodą nie do pokonania. Postulatu dopuszczenia rozwodników w nowych związkach do Komunii świętej na gruncie swojego rozumienia Kościoła Kasper jednak nie porzucił. W swej głośnej książce o miłosierdziu, wydanej w 2012 roku, postawił go ponownie, przeciwstawiając obowiązek miłosierdzia nakładany przez Boga nazbyt surowej, jego zdaniem, kościelnej dyscyplinie względem rozwodników. Wytrwały kardynał nie ustawał w przygotowywaniu gleby, jakby czekając na zmiany na tronie Piotrowym. Doczekał się. Gdy Benedykt XVI ustąpił, a kolejnym papieżem wybrano kardynała Jorge Maria Bergoglio, warunki zdecydowanie się zmieniły.

Błyskawiczna kampania

Teraz wydarzenia następują szybko. Już na styczniowym konsystorzu w roku 2014 papież Franciszek poprosił Kaspera o wygłoszenie przemówienia na temat miłosierdzia, później przez Ojca Świętego, jak sam zapewniał, wnikliwie studiowanego. Mowa została wkrótce wydana drukiem, a jej tezy odegrały ważką rolę na odbywającym się w tym samym jeszcze roku nadzwyczajnym Synodzie Biskupów. Wokół zgromadzenia narastały skandale, frakcja liberalna wydawała się przeć naprzód, nawet wbrew woli ojców synodalnych, wykorzystując do tego przewagę w strukturze kierowniczej synodu. W dokumencie podsumowującym obrady, Relatio post disceptationem, zawarto jednak tylko zalecenie "ostrożnego rozróżniania i towarzyszenia pełnego szacunku".

Prawdziwy przełom nastąpił na kolejnym, zwyczajnym już synodzie w roku 2015. Na kartach relacji końcowej w kwestii dotyczącej rozwodników w nowych związkach w zasadzie dosłownie przyjęto propozycję grupy niemieckojęzycznej, która obradowała pod przemożnym wpływem Kaspera. Teoretycznie wszystko było w porządku. W kluczowej sprawie Synod zalecił po prostu: "Proces towarzyszenia i rozeznania kieruje tych wiernych do uświadomienia sobie swojej sytuacji przed Bogiem. Rozmowa z księdzem, na forum wewnętrznym, przyczynia się do tworzenia prawidłowej oceny tego, co utrudnia możliwość pełniejszego uczestnictwa w życiu Kościoła oraz kroków mogących jemu sprzyjać i je rozwijać". Problem w tym, że w omawianiu sprawy rozwodników nie zwracano uwagi na nakaz zachowywania czystości, podkreślony przez Jana Pawła II w "FC", choć samą adhortację synod cytował. Franciszek w Amoris laetitia poszedł jeszcze krok dalej. Tekst główny adhortacji jest zasadniczo bardzo zbliżony do dokumentu synodu, ale w jednym z przypisów sugeruje się wprost możliwość dopuszczenia rozwodników do Komunii świętej, znowu pomijając wymóg życia w czystości.

Dokument episkopatu Niemiec

Już w lutym 2015 roku, w sposób bez mała radykalny, wyciągając konsekwencje z kasperiańskiego rozumienia Kościoła, kardynał Reinhard Marx, przewodniczący episkopatu Niemiec, wypowiedział słynną deklarację: "Nie jesteśmy filią Rzymu". Idąc tym tropem i budując na gruncie dziwnej furtki umieszczonej w Amoris laetitia, 1 lutego 2017 roku episkopat Niemiec dopiął swego, realizując wyrażane od dziesięcioleci marzenie progresistów oraz samego Kaspera. W dokumencie uchwalonym przy "zakładanej" aprobacie wszystkich biskupów, episkopat pisze wprost, że duszpasterze i spowiednicy muszą akceptować osobistą decyzję sumienia rozwodnika w nowym związku, który chciałby przystępować do Komunii świętej. O wymogu czystości ani słowa. To prawdziwa rewolucja, bo choć już wcześniej w niektórych niemieckich diecezjach praktyka i tak była odmienna od doktryny, teraz wszystko ma dziać się za oficjalną zgodą biskupów powołujących się przy tym całkiem otwarcie na autorytet Ojca Świętego. Żaden niemiecki hierarcha nie zgłosił votum separatum. Zmiana została dokonana.

Protestuje wprawdzie prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kardynał Gerhard Müller, w coraz to kolejnych wywiadach wzywając nienazwane konkretnie episkopaty do wierności Magisterium, ale te nie słuchają jego głosu. Papież nie odpowiada na dubia czterech kardynałów, Kongregacja Nauki Wiary nie wydaje żadnego dokumentu. Niemcy głośno rozpowiadają, że zrobili to, czego życzył sobie papież. Inni przejmują ich myślenie. Maltański arcybiskup Charles Scicluna klerykom, którzy mieliby odmienne rozumienie Amoris Laetitia od liberalnego, pokazuje drzwi. Triumf Kaspera - ale triumf pozorny.

Znak sprzeciwu

Pozorny, bo nie można odnieść triumfu nad prawdą o małżeństwie, wyrażoną przez samego Jezusa Chrystusa i potwierdzaną w niezmiennym nauczaniu Kościoła katolickiego. Interpretacja Amoris Laetitia wyrażona przez niemieckich biskupów na gruncie propozycji Kaspera, jest w oczywisty sposób niezgodna z Magisterium. Na problem zakłamania katolickiego nauczania, w Niemczech czy innych krajach, w których biskupi pozwolili się ogarnąć błędnej ideologii kasperiańskiego "miłosierdzia", zwraca uwagę wielu pasterzy Kościoła. To nie tylko czterech kardynałów - Walter Brandmüller, Raymond Leo Burke, Carlo Caffarra, Joachim Meisner. Ich prośbę do Ojca Świętego o jednoznacznie wyjaśnienie wątpliwych passusów Amoris Laetitia poparli przecież liczni hierarchowie, by wymienić tylko kilku: kardynał Paul Cordes z Niemiec, kardynał Joseph Zen z C hin, kardynał George Pell z Australii, biskup Athanasius Schneider i inni biskupi Kazachstanu, biskupi polscy - Jan Wątroba i Józef Wróbel... Wiadomo też, że jeszcze przed publikacją papieskiej adhortacji do Ojca Świętego pisało aż 30 kardynałów, zwracając uwagę na zagrożenia związane z jej interpretacją. Wielu biskupów z całego świata, nawet jeśli nie przyłącza się głośno do prośby czterech kardynałów, wydaje dokumenty lub komentuje sprawę sporu wokół Amoris Laetitia, zdecydowanie podkreślając, że liberalna interpretacja dokumentu jest wykluczona; nazwisk ich wszystkich niepodobna wprost wymienić. To mocny znak sprzeciwu, którego nie da się zagłuszyć; to głos wierny nauczaniu Chrystusa niedający się zakrzyczeć obelgami i zarzutami o faryzeizm. Choć grono adherentów zmian pozostaje duże - część kardynałów i biskupów, nawet jeżeli nie wydaje żadnych wytycznych, otwarcie sprzyja liberalnej interpretacji adhortacji - to zgodnie ze słowami samego Pana, nigdy nie zwyciężą naprawdę. Bramy piekielne nie zmogą Kościoła - fałszywa nauka nie może przykryć Ewangelii.

Pełzająca apostazja

Ta wyjątkowo trudna i groźna sytuacja podziału między biskupami może i musi znaleźć jakieś rozwiązanie. Czy czeka nas schizma? Biskup Schneider już w ubiegłym roku ostrzegał, że jest ona faktem - nie formalna wprawdzie, ale ukryta. Pasterze deklarując jedność z Ojcem Świętym wkraczają tak naprawdę w stan zerwania z Piotrem, porzucając naukę Chrystusa. Musimy modlić się i mieć nadzieję, że papież Franciszek przerwie milczenie i jednoznacznie wyjaśni sprawę rozwodników, zatrzymując falę liberalnych głosów, uzurpujących sobie prawo do zmiany nauczania Kościoła, choć w samej Amoris Laetitia podkreśla się konieczność jej odczytywania zgodnie z Magisterium. Jeżeli za tego pontyfikatu okazałoby się to niemożliwe, przyjdzie czekać na rozstrzygnięcie kolejnego następcy świętego Piotra.

Co jednak z episkopatami, które wykorzystując niejasność adhortacji uległy pokusie rozmycia wiary i zaczęły głosić błąd jako prawdę? W 1968 roku episkopat Niemiec opublikował głośną deklarację z Königstein, gdzie w ostrożny, ale jednak wystarczająco czytelny sposób sugerowano możliwość stosowania sztucznej antykoncepcji wbrew jednoznacznej nauce Kościoła. Deklaracja nie została nigdy skorygowana, ale spustoszenie, jakie wywołała wśród wiernych, poznajemy po jej owocach. Setki tysięcy katolików odpływa co rok z Kościoła, który przestał głosić nauczanie, na coraz to kolejnych polach poddając się duchowi czasu. To widać gołym okiem: tam, gdzie biskupi fałszują Naukę Chrystusa, Kościół zanika. Dopuszczeniem rozwodników do Komunii świętej Niemcy poszli po prostu krok dalej na drodze do milczącej apostazji. Można spodziewać się, że inaczej nie będzie w innych miejscach, gdzie odchodzi się od zdrowej Nauki.

Kasper odniósł triumf, ale jest to triumf z tego świata. Kościół Chrystusa, wstrząsany herezjami od samego początku istnienia, musi przetrwać nowy napór modernizmu tak, jak przetrwał wszystkie dotychczasowe kryzysy. O ile w czasach starożytnych czy w okresie reformacji heretycy formalnie dzielili Kościół, tworząc własne struktury niezależne od Piotra, dziś skutki fałszowania nauki będą inne. To po prostu stopniowa utrata wiary, samolikwidacja. Kościół Chrystusa wszakże przetrwa - być może mniej liczny, ale głoszący zdrową naukę w wierności Panu. Naszą rolą pozostaje sprzeciwiać się progresistom bez względu na cenę, modląc się o dar mądrości Ducha świętego dla Piotra i duszpasterzy, z radością głosząc niezakłamaną Ewangelię. Reszta jest w rękach Pana - On zapyta na Sądzie Ostatecznym, kto kłaniał się Bogu, a kto ulegał duchowi czasu. Co odpowiedzą mu ci, którzy rozwadniają prawdę o małżeństwie?

Ł U K A S Z   K A R P I E L
- Polonia Semper Fidelis?

Inicjatywa katolików świeckich "Polonia Semper Fidelis" z pewnością przejdzie do historii. Jeśli w przyszłości zostaną podjęte podobne akcje, to właśnie ta będzie stanowić dla nich wzór. Być może nierzadko niedościgniony.

Instytutowi Księdza Piotra Skargi udała się rzecz niełatwa - skupienie ponad 145 tysięcy polskich katolików wokół sprawy niemal w ogóle nie nagłaśnianej przez media, w tym także "katolickie". Okazało się, że zatroskanych o zgodne z nauką Jezusa Chrystusa postrzeganie nierozerwalności małżeństwa jest na tyle wielu, że jeśli mielibyśmy do czynienia z tzw. inicjatywą obywatelską, Sejm RP musiałby się nią zająć.

Oczywiście w akcji "Polonia Semper Fidelis" chodziło o coś zdecydowanie bardziej istotnego niż w jakiejkolwiek, nawet najszlachetniejszej inicjatywie polityczno-społecznej. W jej centrum znalazł się autentyczny niepokój tysięcy serc polskich katolików bolejących nad kryzysem rodziny i szukających ratunku w odwiecznym nauczaniu Kościoła. Niestety, zamiast jasnej i pewnej odpowiedzi w sprawie nierozerwalności małżeństwa, jak i niedopuszczania do sakramentu ołtarza osób żyjących w tak zwanych związkach niesakramentalnych, natrafiają one na chaos powstały wokół pojawiających się różnorakich interpretacji dotyczących adhortacji apostolskiej Amoris Laetitia.

Trudno się dziwić, że tak wielu polskich katolików, natrafiając na głosy płynące w szczególności ze strony episkopatu niemieckiego - nagłaśniane za pomocą mediów i chętnie podchwytywane przez niektóre grupy katolików, jakoby nauczanie Kościoła w wyżej wymienionych kwestiach uległo zmianie, szuka słów prawdy u swoich Pasterzy. Wielu z tych, którzy zdecydowali się poprzeć inicjatywę "Polonia Semper Fidelis", doskonale pamiętało przecież nieugiętą i naznaczoną głębokim szacunkiem dla ewangelicznej nauki o nierozerwalności małżeństwa postawę polskich hierarchów, na czele z arcybiskupem Stanisławem Gądeckim, podczas synodu o rodzinie.

Z tą nadzieją swoje poparcie dla akcji udzieliły również osoby, których dorobek intelektualny, artystyczny czy zawodowy jest powszechnie znany.

O konieczności reakcji na zamęt mówił między innymi, udzielając poparcia akcji, profesor Jacek Bartyzel:

– Uważam to za obowiązek świadomego katolika. W sytuacji, kiedy wprowadzany jest tak poważny zamęt, kiedy pasterze nie nauczają tego, czego winni nauczać albo wprowadzają jakąś niejasność, to również świeccy mają obowiązek wystąpić. Będąc świadomymi, jaka jest odwieczna i niezmienna nauka moralna Kościoła, wierni mają obowiązek upominać się o Prawdę.

Aby raz jeszcze uświadomić sobie doniosłość sprawy, wokół której dotyczyła inicjatywa "Polonia Semper Fidelis" warto też przypomnieć słowa mecenasa Jerzego Kwaśniewskiego, prezesa Instytutu Ordo Iuris:

- Obrona prawdy o małżeństwie to najważniejsza bitwa współczesności. Wobec powszechnego rozkładu norm prawa cywilnego, Kościół pozostawał do niedawna niewzruszonym punktem odniesienia dla poszukujących prawdy o naturze małżeństwa jako nierozerwalnej wspólnocie mężczyzny i kobiety. Donośny głos i świadectwo osób świeckich to wsparcie dla polskich biskupów, gotowych do potwierdzenia niezmiennego nauczania Kościoła.

A tak zaistniałą sytuację diagnozował Grzegorz Górny, znany pisarz i publicysta katolicki:

- Już dawno w Kościele na świecie nie było takiego zamętu i pomieszania pojęć, jeżeli chodzi o doktrynalne sprawy teologiczne. W ciągu ostatnich dwóch lat ten zamęt jeszcze się zwiększył na skutek różnych, zwłaszcza liberalnych interpretacji adhortacji posynodalnej "Amoris Laetitia". Obserwujemy, że wielu księży, teologów, a nawet biskupi i episkopaty interpretują ten dokument papieski niezgodnie z odwiecznym nauczaniem Kościoła. Tutaj punktem spornym jest oczywiście kwestia dopuszczenia do sakramentów osób rozwiedzionych i pozostających w ponownych związkach niesakramentalnych. Do tej pory nauczanie Kościoła było takie, że mogą one przystępować do Komunii pod warunkiem, że zachowują wstrzemięźliwość seksualną, czyli żyją jak brat z siostrą. W tej chwili mamy do czynienia z wieloma interpretacjami powielanymi przez różne episkopaty, chociażby Niemiec, Malty, Belgii czy Argentyny, które mówią, że takie osoby mogą przystępować do Komunii bez spełnienia takich warunków, jakie były wcześniej od nich wymagane.

Doskonale ideę akcji wyraził też aktor Dariusz Kowalski, mówiąc:

- Kiedy w podróży pojawia się jakiś zamęt, kiedy nagle nie wiemy, czy droga, czy kierunek w którym zmierzamy jest dobry, kiedy łódź żegluje we mgle, potrzebuje sygnału latarni morskiej, tego sygnału, który się systematycznie odzywa. Latarni, która zawsze stoi na skale, w tym samym miejscu. Tego sygnału, który potwierdzi, że tak - płyniemy w dobrym kierunku.

Na długo w pamięć zapadną słuchaczom również słowa muzyka Ireneusza Dudka, który zauważył z niepokojem, iż "dyskutuje się na temat praw boskich". Jak podkreślił, "te prawa są po to stworzone, byśmy tu, na ziemi mieli drogowskazy, jak należy postępować i jak należy żyć żeby osiągnąć szczęście wieczne. Nie dyskutujmy z tym wszystkim. Mówmy tak, jak Bóg przykazał i naprawdę, wtedy rodzina, małżeństwo będzie pobłogosławione na wieki".

Oczywiście, nie zabrakło głosów krytycznych wobec inicjatywy. Do często powtarzanych argumentów przeciwko akcji "Polonia Semper Fidelis" oraz osobom udzielającym jej poparcia, należała opinia sugerująca, że organizatorzy inicjatywy postanowili "pouczać biskupów" w sprawie nauczania Kościoła. Ten niemający nic wspólnego z prawdą tok rozumowania obnażył, pokazując prawdziwe oblicze inicjatywy, Jan Pospieszalski:

- Nie oczekujemy nic szczególnego. To nasza pokorna prośba do pasterzy polskiego Kościoła, by potwierdzili to, co powiedział Przewodniczący Episkopatu, arcybiskup Gądecki. Jesienią 2014 roku, kiedy wyciekały pierwsze zapisy dokumentów [synodalnych], miał odwagę jasno i mocno powiedzieć, że to jest dokument, w którym są ślady antymałżeńskiej ideologii, że to jest odejście od nauczania Jana Pawła II, że ten dokument jest dla wielu biskupów nie do przyjęcia - powiedział znany muzyk, publicysta i autor telewizyjnego programu "Warto Rozmawiać".

To tylko zaledwie kilka spośród głosów znanych osób, które zdecydowały się poprzeć inicjatywę "Polonia Semper Fidelis". Pełna ich lista jest doprawdy imponująca. Znaleźli się na niej także m. in. Tomasz Terlikowski, prof. Grzegorz Kucharczyk, Tomasz Rowiński, Radosław Pazura, Michał Lorenc i wielu innych.

Jednak najważniejszą sprawą pozostanie odpowiedź na pytanie: co stanie się z nadzieją pokładaną w polskich biskupach przez sygnatariuszy inicjatywy "Polonia Semper Fidelis"?

Niestety, trudno w tej materii o pozytywną odpowiedź. Doceniając obecność księdza Przemysława Drąga, Dyrektora Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin przy KEP, podczas złożenia w siedzibie Konferencji Episkopatu Polski przez przedstawicieli Instytutu Księdza Skargi ponad 145 tysięcy podpisów zebranych w ramach akcji "Polonia Semper Fidelis", można odczuwać żal z powodu faktu, iż nie zaszczycił swoją obecnością tego wydarzenia żaden z polskich hierarchów.

Smutek i niepokój pogłębiać może nade wszystko jednak ciągły brak dokumentu odnoszącego się do adhortacji Amoris Laetitia. Dokumentu, którego wyczekują wszyscy popierający inicjatywę. Niestety nie doczekaliśmy się jego ogłoszenia również po marcowym posiedzeniu KEP.

Z pewnością zatem polscy hierarchowie wciąż potrzebują naszej modlitwy. Niech przyniesie ona dobre owoce, podobnie jak tak silny głos wsparcia w ich "nastawaniu w porę i nie w porę" w obronie nierozerwalności małżeństwa, jaki stanowiła inicjatywa "Polonia Semper Fidelis". Nie traćmy więc nadziei! Szukajmy jej w Niepokalanym Sercu Maryi, które nigdy nie zawodzi!

R O B E R T O   D E   M A T T E I *
- NIEZMIENNA PRAWDA O MAŁŻEŃSTWIE

Rok 2018 w Kościele rozpoczął się promieniem światła przenikającego ciemności. Odważne stanowisko zajęte przez siedmiu biskupów, którzy podpisali Wyznanie niezmiennych prawd o małżeństwie sakramentalnym to kolejny wyraz oporu wobec słów i czynów sprzecznych z nauczaniem Kościoła.

31 grudnia 2017 roku siedmiu biskupów podpisało Wyznanie niezmiennych prawd o małżeństwie sakramentalnym. Wobec szerzącego się obecnie zamętu, do złożenia takiego wyznania zmusiły ich sumienia. Uczynili to w duchu nauczania świętego Jana Chrzciciela, świętego Jana Fishera, świętego Tomasza Morusa, błogosławionej Laury Vicuna oraz licznych znanych i nieznanych wyznawców oraz męczenników nierozerwalności małżeństwa.

Nie wolno - podkreślają sygnatariusze dokumentu - ani bezpośrednio, ani pośrednio usprawiedliwiać, aprobować ani legitymizować trwałych, pozamałżeńskich stosunków seksualnych za pomocą sakramentalnej dyscypliny dopuszczania do Komunii Świętej tak zwanych "rozwodników, którzy zawarli nowy, cywilny związek małżeński", gdyż taka dyscyplina jest obca całej Tradycji wiary katolickiej i apostolskiej.

Inicjatywa potwierdzenia niezmienności Chrystusowej nauki o małżeństwie wyszła od biskupów z Kazachstanu: Tomasza Pety (arcybiskupa metropolity archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie), arcybiskupa Jana Pawła Lengi (emerytowanego biskupa Karagandy) i Atanazego Schneidera (biskupa pomocniczego Astany), do których dołączyli: kardynał Janisz Pujats (emerytowany arcybiskup Rygi), biskupi Luigi Negri (emerytowany arcybiskup Ferrary-Comacchio), Carlo Maria Vigano (były nuncjusz apostolski w Stanach Zjednoczonych) oraz Andreas Laun (były biskup pomocniczy Salzburga).

Dokument odnosi się do sytuacji zaistniałej wskutek adhortacji Amoris laetitia. Różni biskupi bowiem - na szczeblu lokalnym, regionalnym oraz krajowym - wprowadzili wykonawcze normy duszpasterskie do papieskiego dokumentu, upoważniające rozwodników żyjących w nowych, cywilnych związkach, do otrzymywania rozgrzeszenia i przyjmowania Komunii Świętej. Pomimo iż osoby te trwale i świadomie żyją more uxorio (na sposób małżeński) z osobą niebędącą ich prawowitym współmałżonkiem.

Takie normy zostały potwierdzone przez różne władze hierarchiczne. Niektóre z tych norm zostały nawet potwierdzone przez najwyższą władzę Kościoła. Szerzenie się tych potwierdzonych przez Kościół norm duszpasterskich spowodowało znaczny i nieustannie rosnący zamęt wśród wiernych oraz kleru. Jest to zamęt, który dotyka zasadniczych przejawów życia Kościoła, czyli sakramentalnego małżeństwa oraz rodziny, Kościoła domowego, jak również sakramentu Najświętszej Eucharystii.

Biskupi podkreślają, że dopuszczenie do Komunii Świętej rozwodników, którzy zawarli nowy, cywilny związek, oznacza w praktyce potwierdzenie czy legitymizację rozwodu, czyli de facto wprowadzenie rozwodu w życie Kościoła.

Tymczasem Kościół, ze względu na swą bezwarunkową wierność nauce Chrystusa, powinien być bastionem i nieomylnym znakiem sprzeciwu wobec plagi rozwodów, która z każdym dniem coraz bardziej szerzy się w społeczeństwie cywilnym. Takie działanie stanowi zatem znaczącą zmianę dwutysiącletniej sakramentalnej dyscypliny Kościoła. Ponadto, zmieniona w istotny sposób dyscyplina z czasem prowadzi do zmiany odnośnego nauczania.

Samo sumienie przynagla - wobec błyskawicznie szerzącego się zamętu - do wyznania niezmiennej prawdy i równie niezmiennej dyscypliny sakramentalnej odnośnie do nierozerwalności małżeństwa, zgodnie z dwutysiącletnim i niezmiennym nauczaniem magisterium Kościoła.

Dlatego też biskupi podpisani pod Wyznaniem niezmiennych prawd o małżeństwie sakramentalnym potwierdzają i przypominają, że:

Stosunki płciowe między osobami, które nie są ze sobą związane ważnym węzłem małżeńskim, co dotyczy rozwodników, którzy zawarli nowy, cywilny związek małżeński, zawsze sprzeciwiają się woli Boga i stanowią poważną obrazę Boga.

Żadne okoliczności i żaden cel, łącznie z ewentualną nieprzypisywalnością lub pomniejszeniem winy, nie mogą uczynić takich stosunków płciowych pozytywną rzeczywistością moralną ani zadowolić Boga. To samo dotyczy wszystkich innych zakazów w ramach Dziesięciu Bożych Przykazań.

Sygnatariusze Wyznania przypominają tu uwypukloną przez świętego Jana Pawła II prawdę, iż istnieją akty, które jako takie, same w sobie, niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot (adhortacja apostolska Reconciliatio et paenitentia, 17).

Niedopuszczenie do Komunii Świętej rozwodników, którzy zawarli nowy, cywilny związek małżeński nie oznacza wyroku, czy znajdują się oni w stanie łaski przed Bogiem, tylko wyrok na temat widocznego, publicznego i obiektywnego charakteru ich sytuacji. Z uwagi na widzialną naturę Kościoła i sakramentów, przyjmowanie ich z konieczności zależy od odpowiedniej, widocznej i obiektywnej sytuacji wiernych.

Jest rzeczą moralnie niedopuszczalną utrzymywać stosunki płciowe z osobą niebędącą własnym współmałżonkiem, aby rzekomo uniknąć innego grzechu. Słowo Boże uczy nas mianowicie, że nie wolno "czynić zła, aby stąd wynikło dobro" (Rz 3, 8
).

Dopuszczenie takich osób do Komunii Świętej może być dozwolone tylko wtedy, gdy z pomocą łaski Bożej i dzięki cierpliwemu, indywidualnemu towarzyszeniu duszpasterskiemu uczynią one szczere postanowienie zakończenia tych praktyk i unikania w przyszłości zgorszenia. W tym zawsze wyrażało się w Kościele prawdziwe duchowe rozeznanie oraz autentyczne towarzyszenie duszpasterskie.

Osoby, które trwale praktykują pozamałżeńskie stosunki płciowe, bezczeszczą na skutek takiego trybu życia swój nierozerwalny, oblubieńczy węzeł małżeński z własnym współmałżonkiem. Dlatego nie są one w stanie brać udziału w "Duchu i prawdzie" (J 4, 23) w eucharystycznej uczcie weselnej Chrystusa.

Wypełnianie woli Bożej, która została objawiona w Jego Dziesięciu Przykazaniach oraz w Jego wyraźnym i absolutnym zakazie rozwodów, jest duchowym dobrem ludzi tu na ziemi i doprowadzi do prawdziwej radości miłości w życiu wiecznym.

Biskupi-sygnatariusze Wyznania niezmiennych praw podkreślają: Dokonując takiego publicznego wyznania przed naszym sumieniem i przed Bogiem, który będzie nas sądzić, jesteśmy szczerze przekonani, że spełniamy tym uczynek miłości w prawdzie wobec Kościoła naszych czasów i wobec papieża - następcy świętego Piotra oraz Wikariusza Chrystusowego na ziemi.


* Profesor historii nowożytnej na uniwersytecie Cassino, wykładowca historii chrześcijaństwa i Kościoła na Uniwersytecie Europejskim w Rzymie, prezes Fundacji Lepanto, redaktor naczelny miesięcznika "Radici Cristiane". Kieruje agencją informacyjną Corrispondenza Romana.

J O S E   A N T O N I O   U R E T A
- OD NIESKALANEGO MAŁŻEŃSTWA DO RADOŚCI MIŁOŚCI

Obiektywny charakter prawa naturalnego zastąpiono nową moralnością, z "osobą" zanurzoną w kontekście historyczno-kulturowym - mówi chilijski publicysta José Antonio Ureta w rozmowie z Mateuszem Ziomberem.

Czym tak naprawdę była rewolucja seksualna i jaki jest jej bilans?
Dla socjologów rewolucja seksualna polegała na zakwestionowaniu przez Zachód - a później przez cały świat - tradycyjnych norm moralnych w kwestiach seksualnych. Doszło do tego w ciągu kilku dekad: od lat sześćdziesiątych do lat osiemdziesiątych XX wieku. Zaakceptowano seks przedmałżeński, cudzołóstwo, nagość w przestrzeni publicznej oraz pornografię. Sposób, w jaki ta rewolucja przebiegła, przypomina historię legalizacji aborcji czy realizację programu prezentowanego przez ruch LGBT.

Jeśli chodzi o jej konsekwencje, to - oprócz milionów dzieci zabitych wskutek aborcji - wpływ rewolucji seksualnej na rodzinę był wszędzie tak samo katastrofalny. Wraz z rozwojem kontroli urodzeń przypadkowy seks stał się normą, a liczba zawieranych małżeństw znacząco spadła. Wzrosła za to dramatycznie liczba rozwodów, co z kolei poskutkowało rosnącą liczbą dzieci wychowywanych przez samotnych rodziców.

Każda rewolucja posiada swoją "prehistorię"...
Samo określenie rewolucja seksualna weszło do użytku dzięki książce o takim właśnie tytule, opublikowanej przez Wilhelma Reicha w roku 1936 (z podtytułem "Seksualność w walce kulturowej"). Koncepcje Reicha, jednego z czołowych przedstawicieli szkoły frankfurckiej, zostały później spopularyzowane przez Herberta Marcusego, a to doprowadziło do rewolucji sorbońskiej roku 1968 z jej stylem życia streszczającym się w hasłach: Zabrania się zabraniać! oraz Radość bez przeszkód!

Sposób myślenia prezentowany przez szkołę frankfurcką - oparty na marksizmie i freudowskiej psychoanalizie - dał początek tak zwanej teorii krytycznej kwestionującej racjonalizm i autorytaryzm społeczeństwa burżuazyjnego. W świetle tej teorii, społeczeństwo wykorzystywać ma warunkowanie kulturowe, aby uniemożliwić swoim ofiarom doświadczenie wyalienowania (lub "uprzedmiotowienia") narzucanego przez struktury kapitalistyczne. Czynnikami mającymi pomóc w wyzwoleniu się z alienacji były: subiektywność i instynkty.

Naiwnością byłoby jednak sądzić, że rewolucja seksualna została przygotowana w tak krótkim czasie. Dalekich jej źródeł należy szukać w humanistycznej literaturze renesansu podkreślającej rolę podążania za naturą. Stoickie sequi naturam zostało przez humanistów błędnie zinterpretowane w duchu epikurejskim i hedonistycznym - jako zaspokojenie instynktu i przyjemność we wszelkich jej postaciach. Tymczasem stoicy rozumieli naturę jako związaną z wyborami duchowymi, wyższymi aspiracjami wyłącznymi dla człowieka. Lorenzo Valla - humanista doby renesansu - w swoim dialogu "De voluptate" twierdził, że prawem każdego człowieka jest zaspokajanie pragnień i odczuwanego głodu przyjemności. Dlatego właśnie określał wstrzemięźliwość mianem grzechu przeciwko naturze. Pisał wprost, iż młode kobiety upadłe bardziej przydają się ludzkości niż zakonnice i dziewice...

Nie trzeba było wiele czasu, by Europa przeszła od pobłażania wobec cudzołóstwa do akceptacji rozwodów. Luter i inni "reformatorzy" twierdzili, że istnieją pewne akty niszczące więź małżeńską, umożliwiając tym samym rozwód i zawarcie kolejnego związku. Martin Bucer posunął się jeszcze dalej, zezwalając na rozwód za porozumieniem stron.

Rewolucja francuska ograniczyła się do wprowadzenia małżeństw cywilnych i rozwodów w przypadku narodów katolickich. W krajach protestanckich rozwody były już wówczas częste. W wieku XIX i XX pojawiła się prawdziwa powódź literatury romantycznej, promującej przekonanie, według którego szczęśliwe małżeństwo opiera się na "zakochaniu". Zawierane tak małżeństwa były - jak można się domyślić - bardzo kruche, przeto liczba rozwodów znacząco wzrosła. Kolejny krok na tej drodze poczynili Marks i Engels, twierdząc, że w przypadku społeczności prymitywnych seksualność miała charakter kolektywny, podobnie jak wychowanie dzieci i własność.

Od samego początku rewolucji seksualnej jej zwolennicy starali się wpływać na Kościół katolicki.
Rewolucję seksualną jako pierwsi zaakceptowali protestanci. Dotyczyło to także sztucznej kontroli urodzin. W kościele anglikańskim doszło do tego podczas konferencji w Lambeth w roku 1930. Zmianę tę podsumował w roku 1932 na kartach książki "The Mastery of Sex through Psychology and Religion" Leslie Weatherhead. Pisał on, iż protestantyzm, uwolniony od nakazu prokreacji jako naczelnego celu seksualności, a seksu z miłości i dla przyjemności jako celu podrzędnego i pomocniczego, musi przyjąć właśnie taką pozycję. Współcześni protestanci uznają te dwie funkcje seksualności za co najmniej równorzędne.

To właśnie przeciwko takiemu stanowisku występował Pius XI. W jego encyklice "Casti connubii" czytamy: Pierwsze więc miejsce pomiędzy dobrami małżeństwa zajmuje potomstwo. I zaprawdę sam Stwórca rodzaju ludzkiego (...) nauczał tego, kiedy, ustanawiając w raju małżeństwo, powiedział do prarodziców naszych, a przez nich do przyszłych małżonków: "Roście i mnóżcie się, i napełniajcie ziemię".

Nie minęło wiele czasu i katoliccy uczeni zaczęli kwestionować instytucjonalne rozumienie małżeństwa, którego zasadniczym celem jest prokreacja. Zaczęli oni promować "katolicką" wersję indywidualistycznego rozumienia małżeństwa jako umowy między mężczyzną a kobietą obdarzającymi się miłością po to, by razem stawiać czoła wyzwaniom codziennego życia.

Znany irlandzki kanonista, ksiądz Cormac Burke - będący przy okazji pierwszym członkiem Roty Rzymskiej piszącym orzeczenia w języku angielskim - na łamach czasopisma "Communio" pokrótce wytłumaczył, w jaki sposób w kręgach katolickich doszło do zmiany sposobu rozumienia małżeństwa.

Przez większość tego stulecia teologowie, kanoniści i antropologowie zaangażowani byli w żywą debatę dotyczącą celów małżeństwa, a czasem i samej jego natury. Z jednej strony istniało tradycyjne rozumienie małżeństwa (nazywane często prokreacyjnym lub instytucjonalnym), które prezentowało cele małżeństwa w sposób jasny i hierarchiczny: istniał cel pierwszorzędny (prokreacja) i dwa cele drugorzędne (wzajemna pomoc i zaradzenie pożądliwości).

Z drugiej strony pojawił się nowy pogląd, który - niekoniecznie kwestionując wagę prokreacji - życzył sobie, by nadać co najmniej równy status wartościom personalistycznym łączącym męża i żonę: wzajemnej miłości, zjednoczeniu małżonków w wymiarze duchowym, a nie tylko fizycznym. (...) Popularnością wśród takich wczesnych autorów "personalistycznych" cieszyli się Dietrich von Hildebrand i Herbert Doms. Von Hildebrand podkreślał relację miłości w małżeństwie, Doms dostrzegał jego istotę w zjednoczeniu fizycznym, a jego cel w postaci spełnienia i realizacji małżonków jako osób.

Reakcją Piusa XII było wygłoszone w roku 1941 przemówienie do Roty Rzymskiej, potem dekret Świętej Kongregacji z roku 1944, a także przemówienie skierowane jedenaście lat później do Stowarzyszenia Włoskich Położników. Jak podkreślał wówczas papież, małżeństwo jako instytucja naturalna, na mocy woli Stwórcy ma jako cel pierwszorzędny i istotny nie doskonalenie osobiste małżonków, ale rodzenie i wychowywanie nowego życia.

Doktryna ta znalazła potwierdzenie w punkcie 11 szkicu "Konstytucji dogmatycznej o czystości, małżeństwie, rodzinie i dziewictwie" opracowanego przez komisję przygotowawczą Soboru Watykańskiego II. Projekt ten został jednak odrzucony. Do "Gaudium et spes" wprowadzono trzy punkty opisujące małżeństwo jako głęboką wspólnotę życia i miłości. Choć konstytucja ta mówi, że małżeństwo zostało obdarowane przez Boga różnymi dobrami i celami, nie wskazuje między nimi żadnej hierarchii.

Zamieszanie wzrosło wraz z ogłoszeniem nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego, który w kanonie 1055 orzeka, że małżeństwo jest wspólnotą życia skierowaną ze swej natury do dobra małżonków oraz do zrodzenia i wychowania potomstwa. Cel drugorzędny został wskazany w pierwszej kolejności. W adhortacji Amoris laetitia papież Franciszek wyraźnie stwierdza, że małżeństwo jest przede wszystkim głęboką wspólnotą życia i miłości małżeńskiej, a seksualność jest podporządkowana miłości małżeńskiej mężczyzny i kobiety. Dopiero po tym czytamy, że związek ten jest ukierunkowany z natury na prokreację. Już same tytuły encykliki Piusa XI i adhortacji Franciszka wskazują na przemianę w pojmowaniu celów małżeństwa - pierwszy brzmiał: Nieskalane małżeństwo, drugi: Radość miłości.

Publikacja encykliki Humanae vitae w roku 1968 wywołała otwartą krytykę i sprzeciw. Dochodziło do jawnej kontestacji i odrzucenia tego nauczania. Jak wielki był ten kryzys?
Dwuznaczne odwrócenie celów małżeństwa zawarte w "Gaudium et spes" przygotowało grunt pod kontestację, z jaką Paweł VI spotkał się, potwierdzając niezmienne nauczanie Kościoła o antykoncepcji. Potwierdzone przezeń nauczanie opiera się na założeniu, że pierwszorzędnym celem małżeństwa jest płodzenie potomstwa.

Encyklika Humanae vitae została ogłoszona 25 lipca 1968 roku, a już 30 lipca na łamach "New York Timesa" pojawił się apel zatytułowany "Przeciwko encyklice papieża Pawła". Podpisało go ponad dwustu teologów otwarcie zachęcających wiernych do nieposłuszeństwa wobec papieskiego nauczania. Wystąpienie to przeszło do historii jako Deklaracja Currana ze względu na jednego z najważniejszych jej autorów - księdza Charlesa Currana, teologa pracującego na Katolickim Uniwersytecie Ameryki.

W tym samym czasie grupa wpływowych ojców soborowych - w tym kardynałowie: Suenens, Alfrink, Heenan, Döpfner i König - spotkała się w Essen, by podjąć decyzję o przeciwstawieniu się encyklice. 9 września 1968 roku w trakcie Dni Katolicyzmu w Essen zdecydowana większość uczestników zagłosowała za zrewidowaniem jej nauczania. Doszło do tego w obecności papieskiego legata, kardynała Gustava Testy. W roku 1969 dziewięciu holenderskich biskupów (był wśród nich także kardynał Alfrink) zagłosowało za tak zwaną "Deklaracją Niepodległości", zachęcającą wiernych do odrzucenia "Humanae vitae".

Dziesięć lat później Louis Janssens z Uniwersytetu w Leuven opublikował artykuł, w którym - dla uzasadnienia pozytywnej oceny antykoncepcji - wykorzystał sześćdziesiąt cytatów z "Gaudium et spes".

Obiektywny charakter prawa naturalnego zastąpiono nową moralnością, z "osobą" zanurzoną w kontekście historyczno-kulturowym. Dla zwolenników tej nowej moralności seksualność jest najgłębszym i najbardziej intymnym wymiarem miłości. Bez względu na to, czy jej celem jest prokreacja, czy też nie. Tę nową teologię moralną rozpowszechniano w katolickich seminariach i na uniwersytetach. Stała się normą. Zmienił się sam sposób, w jaki katolicy postrzegają seksualność.

Realizowany program był prosty - celem była zmiana doktryny i oficjalnie usankcjonowanej praktyki duszpasterskiej. Jak Pan ocenia sytuację, w której obecnie znalazł się Kościół?
W liście skierowanym do księdza Carla Caffary, późniejszego kardynała, siostra Łucja (jedna z wizjonerek z Fatimy), napisała następujące słowa: "Ostateczna bitwa pomiędzy Panem Bogiem a królestwem szatana dotyczyć będzie małżeństwa i rodziny. Proszę się nie obawiać, gdyż każdy, kto działa na rzecz świętości małżeństwa i rodziny, będzie znajdował się w stanie walki, będzie walczył z przeciwnościami każdego dnia, ponieważ jest to decydujący problem". Sytuacja zatem ma wyraźnie apokaliptyczny charakter.

Dziękuję za rozmowę.

K R Y S T I A N   K R A T I U K
- STRATEGIA CHAOSU I MILCZENIA. INNEGO KOŃCA NIE BĘDZIE

Wszystko wskazuje na to, że obecna sytuacja wokół kryzysu spowodowanego adhortacją Amoris Laetitia ma trwać. Że taki jest po prostu plan. To element strategii decentralizacji, do przeprowadzenia której w sposób jawny i sformalizowany zabrakło jednak odwagi. Stąd gorzkie milczenie w sprawie dubiów i coraz wyraźniejsze pielęgnowanie przerażającego chaosu.

Niektórzy spośród obserwatorów do niedawna mieli jeszcze nadzieję, że chaos wywołany radykalnie sprzecznymi interpretacjami adhortacji Amoris laetitia zakończy się samoistnie. Że przeczekamy go, znajdziemy jakieś rozwiązanie, że ktoś wyjaśni nam, co tak naprawdę wydarzyło się przez ostatni rok w Kościele. Że widząc, jak mocno podzielony jest Kościół, Watykan przetnie falę spekulacji i jakimś formalnym aktem zarządzi: dosyć tej dyskusji, nauka Kościoła się nie zmienia! Nie można żyć w grzechu i przystępować do Komunii Świętej. Koniec tematu!

Dziś nikt nie ma już chyba złudzeń, że takiego formalnego aktu rzeczywiście się doczekamy. Ujawniona przez czterech kardynałów, którzy odważnie wystąpili w obronie wiary, niewysłuchana prośba o spotkanie z papieżem, przelała czarę goryczy. Franciszek bowiem nie odpowiedział. Najwyraźniej nie życzy sobie spotykać się z duchownymi, którzy podważają zapisy jego dokumentu.

Sam brak spotkania papieża z kardynałami nie byłoby oczywiście jeszcze żadnym powodem do załamywania rąk. Problemem wydaje się jednak milczenie Franciszka w sprawie, którą poruszyli hierarchowie. Przypomnijmy - kardynałowie Burke, Caffarra, Meisner i Brandmüller poprosili Ojca Świętego by doprecyzował te zapisy Amoris Laetitia, które nazwali "obiektywnie niejasnymi". Według nich, zapisy adhortacji mogą być interpretowane w sprzeczności z nauką Kościoła o małżeństwie - chodzi o możliwość przystępowania do Komunii Świętej rozwodników żyjących w nowych związkach. Kardynałowie nie doczekali się odpowiedzi na swoje wątpliwości, mimo iż prosili o oficjalne zabranie głosu przez papieża lub Kongregację Nauki Wiary, a więc organ właściwy do takich zapytań. Autorzy dubiów zapowiedzieli, że jeśli nie otrzymają odpowiedzi, będą zmuszeni dokonać "formalnej korekty" zapisów adhortacji.

Minęło kilkanaście miesięcy bezowocnego czekania na odpowiedź. W kwietniu 2017 roku kardynałowie uczynili więc kolejny krok - poprosili papieża o spotkanie. Chcieli prosić o wyjaśnienie "zamieszania i dezorientacji", niezmiennie podkreślając "absolutne oddanie i bezwarunkową miłość do Stolicy Piotrowej i Jego Świątobliwości, w którym widzą następcę Piotra i Wikariusza Jezusa". Ale znów nie doczekali się nie tylko zaproszenia, ale nawet jakiejkolwiek odpowiedzi... Postanowili więc całą sprawę upublicznić.

Grzech zniesiony?
Papieskie milczenie tylko potęguje i tak niemałe przecież zamieszanie. Na naszych oczach Kościół rozpada się bowiem na dwie części - na tę, która widzi w Amoris Laetitia "nowe tchnienie Ducha Świętego", aprobuje jej "ożywczą naukę" i zachwyca się "przepięknym językiem", jakim została napisana, oraz na tę, która dostrzega możliwości nadinterpretacji i próbuje tonować nastroje progresistów. Nietrudno zauważyć, że ta pierwsza, "otwarta" część Kościoła wspierana jest przez wielkie media a także możnych tego świata, przez co można mieć wrażenie, że jest znacznie silniejsza i liczniejsza.

I rzeczywiście, do tej części Kościoła zaliczyć należy rosnącą liczbę duchownych - po biskupach Niemiec, Argentyny i Malty swoje "interpretacje" dokumentu ogłosili także duchowni z Belgii i Sycylii. Według ich rozumowania, jeśli rozwodnicy żyjący w nowych związkach dostrzegają że są w grzechu i podejmą jakiś rodzaj pokuty, po kilku miesiącach można ich uznać za nieżyjących w grzechu ciężkim, mimo iż niczego nie zmienili w swoim życiu. A to oznacza, że mogą przystępować do Komunii Świętej.

Pogląd ten podziela również wielu prominentnych hierarchów z Watykanu - poczynając od arcybiskupa Forte'a z sekretariatu synodów biskupich, przez kardynałów Nicholsa, Schönborna, Napiera, Wuerla, Quevedo, Kaspera, Hummesa i Marxa, aż po prefektów Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia oraz Papieskiej Rady do spraw Tekstów Prawnych, kardynałów Farrella i Coccopalmeriego.

Po drugiej stronie jest grupa najodważniejszych kardynałów, autorów dubiów i kilkunastu biskupów (w tym czterech Polaków), którzy poparli ich wątpliwości. Do tej grupy zaliczyć trzeba także ordynariuszy z Afryki (nie trwają tam żadne spekulacje dotyczące nowych interpretacji nauczania Kościoła), a także - co ciekawe - biskupów Kanady, którzy oświadczyli niedawno, że nie zamierzają udzielać Komunii osobom żyjącym w grzechu ciężkim.

Podobnie do postawy Kanadyjczyków interpretowana jest postawa polskiego episkopatu, który, choć wciąż pracuje nad własnymi "wytycznymi" i podkreśla, że zamierza zmienić "postawę duszpasterską" i zacząć "pilnie towarzyszyć rozwodnikom żyjącym w nowych związkach", to jednak cały czas zaznacza, że tradycyjne nauczanie na temat nierozerwalności małżeństwa, zawarte także w Familiaris Consortio Jana Pawła II, nadal obowiązuje.

Warto też wspomnieć o postawie księży z różnych stron świata, stowarzyszonych w Organizacji Kapłanów Katolickich, którzy w lutym napisali list do papieża z prośbą o "autorytatywną interpretację dokumentu".

Po stronie przeciwników zmian aktywni w debacie dotyczącej Amoris Laetitia są również świeccy uczeni - między innymi Michael Hesemann, Christian Speaman czy Roberto de Mattei.

Chaos kontrolowany?
Co może oznaczać milczenie papieża w tak ważnej sprawie? Wątpliwe, by stanowiło ono wyłącznie wyraz osobistego urazu do duchownych, sprzeciwiających się jego agendzie. Wydaje się więc, że milczenie jest po prostu celowe. Że papież chce, by każdy interpretował Amoris Laetitia po swojemu i by to poszczególni biskupi, a już z pewnością poszczególne episkopaty krajowe, same decydowały, w jaki sposób zastosują nauczanie wynikające z adhortacji wśród podległych sobie wiernych.

Od początku pontyfikatu papieża Franciszka wiele mówi się bowiem o konieczności "decentralizacji" władzy w Kościele. W połowie czerwca debatowała nawet na ten temat "rada kardynałów", nieformalny organ doradczy powołany przez Ojca Świętego zaraz po wyborze na Stolicę Piotrową. Tak może więc wyglądać aplikowanie idei decentralizacji, a więc oddawanie przez papieża władzy na rzecz lokalnych struktur Kościoła. Cztery lata temu mało komu przychodziło do głowy, że projekt "decentralizacji" może objąć również naukę Kościoła, wygląda jednak na to, że to się na naszych oczach rzeczywiście dzieje.

Ale papież, oczywiście, ma wśród licznych interpretatorów Amoris laetitia swych faworytów. Z pewnością należą do nich jego rodacy, a więc biskupi Argentyny, którzy dokonali bardzo progresywnej recepcji papieskiego dokumentu. Papież wysłał do nich list, w którym pochwalił ich wytyczne. Nie można więc stwierdzić, że po "decentralizacji" nauczania o nierozerwalności małżeństwa, papież z sympatią patrzy na wszystkie możliwe interpretacje.

Decyzja o cichej decentralizacji musiała zapaść dlatego, że głośnej decentralizacji z jakichś przyczyn jeszcze ogłosić się nie dało. Ale może dlatego, że sprzeciw wobec zgubnych interpretacji Amoris laetitia okazał się tak duży, że szersza decentralizacja mogłaby przynieść efekty niepożądane przez Watykan. Jakiekolwiek motywacje stały za taką polityką, doprowadza ona Kościół na skraj chaosu, który, jak się zdaje, dostrzegł również sam Ojciec Święty. Media "katolików otwartych" z lubością cytowały słowa papieża o osobach, które "ciągle nie potrafią zrozumieć przeniesienia punktu ciężkości z legalizmu na miłosierdzie. Dla nich jest albo białe albo czarne, a przecież tylko przemierzając drogę wspólnie, można dokonać rozeznania". Papież mówił również, że "można łatwo zobaczyć, że konkretne rygorystyczne postawy rodzą się z jakiegoś braku, z tego, że ktoś chce ukryć własne niezadowolenie za pewnego rodzaju zbroją". Innym znów razem stwierdził: "Nie możemy być przerażeni, kiedy słyszymy opinie ideologów doktryny. Kościół ma swoje własne Magisterium, Magisterium Papieża, Biskupów, Rad i musimy podążać drogą, która bierze się z nauczania Jezusa". Wszystkie te wypowiedzi interpretowane były jako skierowane przeciwko autorom dubiów. Interpretowane - bo papież nigdy nie powiedział, kogo ma na myśli i o jakich konkretnych sytuacjach mówi.

Kto następny?
Jakie są pierwsze efekty trwającego już ponad rok zamieszania oraz milczenia oferowanego jako odpowiedź na wątpliwości? Otóż doszło do tego, przed czym przestrzegaliśmy na łamach PCh24 tuż po sesjach synodu ds. rodziny - dzisiaj to, co według oficjalnej wykładni jest grzechem ciężkim w Polsce, nie jest nim w Niemczech. Nowy związek osób rozwiedzionych nie jest (w myśl biskupich dokumentów) grzechem także w Belgii, na Sycylii, w Buenos Aires czy na Malcie.

Wiemy też, że biskupi z wielu krajów wciąż zastanawiają się, w jaki sposób zastosować wskazówki zawarte w Amoris laetitia w zgodzie z odwiecznym nauczaniem Kościoła. Plaga rozwodów jest bowiem problemem ogólnoświatowym, dotknęła również i Polskę. Słyszymy więc zapewnienia naszych hierarchów, pragnących przecież pokazać Watykanowi, że pozostają wierni Ojcu Świętemu, o trwających pracach nad nowymi wytycznymi, o konieczności "towarzyszenia", wzbudzenia "nowej troski duszpasterskiej" i ofercie głębszego niż dotąd "rozeznawania indywidualnych sytuacji". A przede wszystkim o ochotniejszym włączeniu w codzienne życie Kościoła rozwodników. Polscy biskupi wciąż jednak podkreślają aktualność nauki Jana Pawła II, a nad dokumentem o wytycznych duszpasterskich pracuje arcybiskup Hoser, który na synodzie walczył w obronie nauczania Chrystusa. Wiemy też, że biskupi rodem z Polski stanowią w tej sprawie sól w oku progresistów, o czym świadczy chociażby list biskupów z Kazachstanu (podpisany między innymi przez arcybiskupów Jana Pawła Lengę i Tomasza Petę), wypowiedzi arcybiskupa Mokrzyckiego (przewodniczącego Konferencji Episkopatu Ukrainy), czy metropolity krakowskiego arcybiskupa Jędraszewskiego, z których wynika, że polscy duchowni pozostają przeciwnikami zmian.

A warto wiedzieć, że przeciwników zmian nie traktuje się dziś w Kościele w sposób szczególnie miłosierny. Przekonał się o tym kolumbijski kapłan, suspendowany na jakiś czas za sprzeciw wobec ordynariusza promującego Komunię dla rozwodników, kapłani z Malty głośno upominani przez tamtejszych biskupów (łącznie z groźbą wyrzucania z seminarium kleryków kwestionujących jasność zapisów adhortacji papieża) czy nawet sam kardynał Raymond Leo Burke. Współautor dubiów został niedawno nazwany przez innego kardynała - Oscara Maradiagę z Hondurasu - "biednym, nieszczęśliwym i rozczarowanym człowiekiem, pragnącym wielkiej władzy". To ma - według członka powołanej przez Franciszka Rady Kardynałów - tłumaczyć, dlaczego amerykański kardynał podnosi sprzeciw związany z niedopuszczalnymi interpretacjami Amoris laetitia...

W tym samym czasie w siłę rosną biskupi, którzy chcą jak najszybciej wprowadzać zmiany w "praktyce duszpasterskiej". Dość powiedzieć że jeden z argentyńskich hierarchów kilka tygodni temu zorganizował specjalną Mszę dla rozwodników żyjących w nowych związkach i publicznie udzielał im Komunii Świętej. Ale tacy kapłani jak biskup Ángel José Macín nie borykają się z problemem milczenia papieża. Wręcz przeciwnie - duchowny ów stwierdził, że organizując Mszę kierował się instrukcjami przesłanymi argentyńskim biskupom przez Franciszka, po tym, jak tamtejsi hierarchowie zapytali go, czy dobrze rozumieją zapisy jego adhortacji...

G R Z E G O R Z   K U C H A R C Z Y K
- paragraf 303.
CZYLI JESZCZE WIĘKSZY RABAN (ZAMĘT)

Gorliwym pracownikom „ekumenicznego przemysłu”, czy to w rzymskiej kurii, czy na poziomie Kościołów lokalnych, nie chodzi o promowanie czystości wiary, ale raczej o doprowadzenie do tego, aby katolicyzm stał się jak protestantyzm, a protestantyzm stał się agnostycyzmem.

Adhortacja Amoris laetitia nie przestaje wzbudzać zamętu w Kościele. Trudno bowiem inaczej nazwać sytuację, gdy po opublikowaniu tego dokumentu przez papieża Franciszka doszło do spektakularnego rozdwojenia wśród tych, którzy jako pasterze Kościoła (biskupi) mają stać na straży nienaruszalności depozytu Wiary. Po opublikowaniu tzw. wytycznych duszpasterskich do "AL" przez episkopat Niemiec okazuje się bowiem, że Odra i Nysa Łużycka nie tylko jest "granicą pokoju", ale wyznacza zasięg obowiązywania szóstego przykazania Bożego. Na wschód od Odry obowiązuje. Na zachód od tej rzeki też, ale z zastrzeżeniem "osądu sumienia".

Podobne podziały istnieją we wnętrzu wielu krajowych konferencji episkopatów. Są też tacy jak nieoceniony w swojej biegłości w dialektycznym myśleniu kardynał Walter Kasper - jeden z duchowych ojców adhortacji i wcześniejszego synodu na temat rodziny. Twierdzą oni, że "w Amoris laetitia papież Franciszek nic nie zmienił w katolickiej doktrynie, a jednak zmienił wszystko" (por. wywiad kardynała Kaspera dla liberalnego "Die Zeit" z 28 kwietnia 2016).

Słusznie można argumentować, że adhortacja papieża Franciszka jedynie ujawniła faktyczne odstępstwo od wiary panujące wśród wielu biskupów, którzy "pełzający arianizm" (Martin Mosebach) łączą z promocją libertynizmu obyczajowego. Dość wspomnieć co rusz pojawiające się głosy wzywające do "pochylenia się duszpasterskiego" nad rozmaitymi dewiantami, niemającymi najmniejszego zamiaru porzucić swojego dotychczasowego trybu życia.

Jednym z ostatnich przykładów ujawniających tego typu rozdwojenie (rozłam, mówmy szczerze) panujące wewnątrz Kościoła, są opublikowane w drugiej połowie sierpnia 2017 roku opinie odnośnie "AL" dwóch prominentnych przedstawicieli Zakonu Kaznodziejskiego. Dwie zupełnie przeciwstawne opinie o jednym i tym samym dokumencie wyrazili o. Aiden Nichols OP oraz o. Timothy Radcliffe OP. Pierwszy z wymienionych to wieloletni wykładowca dogmatyki na rzymskim Angelicum oraz na uniwersytetach w Cambridge i Oksfordzie. Drugi z wymienionych dominikanów był w latach 1992-2001 generalnym magistrem zakonu i w tym charakterze był odpowiedzialny za nadzór nad formacją synów św. Dominika. Obecnie o. Radcliffe jest z nominacji papieża Franciszka konsultorem (czyt. doradcą) w Papieskiej Radzie ds. Sprawiedliwości i Pokoju i jak należy się spodziewać należy do zdecydowanych zwolenników ogłoszonego przez zwolenników "nieodwracalnej zmiany kursu Kościoła" tzw. nowego paradygmatu (kardynał Kasper et consortes).

Pod koniec sierpnia na oficjalnej stronie internetowej zakonu kaznodziejskiego znalazł się zapis wykładu wygłoszonego przez o. Radcliffe'a trzy miesiące wcześniej w australijskim Brisbane. W tak charakterystycznej dla zwolenników "nieodwracalnej zmiany kursu" (a czytali o tym, że "u Boga nie ma nic niemożliwego"?) poetyce walki z "rygorystami", watykański konsultor poddał krytyce utrzymujący się w Kościele „absolutyzm” oraz "tyranię tradycji kosztem kreatywności" w odniesieniu do małżeństwa oraz dopuszczenia rozwodników do Komunii świętej. Odmawianie tym ostatnim przez "absolutystów tradycji" prawa do przyjmowania Ciała Pańskiego o. Radcliffe porównał do tych, którzy w trzecim wieku po Chrystusie odmawiali "na zawsze" prawa do komunii tym, którzy załamali się w okresie rzymskich prześladowań i pod groźbą śmierci dokonali aktu apostazji (np. zapalili kadzidło przed posągiem jakiegoś pogańskiego bożka). U progu dwudziestego pierwszego wieku pilnie potrzeba Kościołowi - przekonywał o. Radcliffe - postawy miłosiernych papieży, którzy w trzecim wieku potrafili przełamać opór ówczesnych "rygorystów" i umożliwili tym, którzy w chwili próby załamali się, dostęp do "lekarstwa Eucharystii". Teraz podobnego "lekarstwa" potrzebują osoby rozwiedzione żyjące w drugich, niesakramentalnych związkach.

Pomińmy tu nieadekwatność zestawiania osób, którzy w obliczu nieludzkich tortur i śmierci zaparli się Pana, z osobami, które wybrały życie z pominięciem szóstego przykazania bez groźby miecza, a w wielu wypadkach raczej jako wyraz należnego im "prawa do szczęścia i ułożenia sobie życia". Pomijając tak charakterystyczne dla zwolenników "nowego paradygmatu Kościoła" zrównywanie ich ideowych adwersarzy z pozbawionymi miłosierdzia "rygorystami", czy jak w tym przypadku - heretykami, nową wersją donatystów z III wieku, zastanówmy się na chwilę nad pojęciem Eucharystii jako lekarstwa. Z pewnością taka właściwość należy do istoty Sakramentu Ołtarza. Tyle, że pytanie zasadnicze brzmi: jak podawać lekarstwo tym, którzy nie chcą się leczyć? Co w tej sytuacji ma leczyć Eucharystia? Ma być "tabletką na dobre samopoczucie"? Masz chandrę z powodu porzucenia przez siebie współmałżonka i wejścia w kolejny związek? Idź do Komunii. Należy ci się. Przecież tak podpowiada ci twoje sumienie. A reszta od "rygorystów" i "absolutystów tradycji" jest. Pomińmy tu nieadekwatność zestawiania osób, którzy w obliczu nieludzkich tortur i śmierci zaparli się Pana, z osobami, które wybrały życie z pominięciem szóstego przykazania bez groźby miecza, a w wielu wypadkach raczej jako wyraz należnego im "prawa do szczęścia i ułożenia sobie życia". Pomijając tak charakterystyczne dla zwolenników "nowego paradygmatu Kościoła" zrównywanie ich ideowych adwersarzy z pozbawionymi miłosierdzia "rygorystami", czy jak w tym przypadku – heretykami, nową wersją donatystów z III wieku, zastanówmy się na chwilę nad pojęciem Eucharystii jako lekarstwa. Z pewnością taka właściwość należy do istoty Sakramentu Ołtarza. Tyle, że pytanie zasadnicze brzmi: jak podawać lekarstwo tym, którzy nie chcą się leczyć? Co w tej sytuacji ma leczyć Eucharystia? Ma być "tabletką na dobre samopoczucie"? Masz chandrę z powodu porzucenia przez siebie współmałżonka i wejścia w kolejny związek? Idź do Komunii. Należy ci się. Przecież tak podpowiada ci twoje sumienie. A reszta od "rygorystów" i "absolutystów tradycji" jest.

Niejako w reakcji na australijski wykład wpływowego w Watykanie o. Radcliffe'a, na łamach brytyjskiego "Catholic Herald" ukazał się 19 sierpnia 2017 roku artykuł jego zakonnego współbrata o. prof. Aidana Nicholsa. Z jednej strony lektura tego tekstu jest krzepiąca, bo pokazuje, że są w zakonie kaznodziejskim ojcowie profesorowie wierzący na serio. Z drugiej strony artykuł dokumentuje, jak głośny jest raban (czytaj: rozłam doktrynalny) w jednej rodzinie zakonnej.

Ojciec A. Nichols jest jednym z czterdziestu pięciu sygnatariuszy listu podpisanego przez wybitnych teologów (zarówno świeckich jak i duchownych), a wysłanego do kolegium kardynalskiego z prośbą o wezwanie papieża do wyjaśnienia i sporządzenia stosownej korekty tych fragmentów "AL", które odbiegają od oficjalnej nauki Kościoła. W swoim sierpniowym artykule o. prof. Nichols powraca do tej tematyki, wskazując, że ogłoszenie feralnej adhortacji oznacza "nadzwyczaj poważną" sytuację w Kościele. Najbardziej niepokojący paragraf 303 tego dokumentu, w którym mowa jest o kluczowej roli sumienia w rozstrzyganiu, co w "konkretnej różnorodności ograniczeń" jest "wielkoduszną odpowiedzią, którą można udzielić Panu", a co jest "oddaniem się Mu nawet w sytuacji, gdy odpowiedź ta nie w pełni odpowiada obiektywnemu ideałowi", jest według uczonego dominikanina niczym innym jak afirmacją sytuacji, gdy "czyny potępione przez prawo Chrystusowe, mogą być postrzegane niekiedy jako moralnie słuszne albo nawet pożądane przez Boga samego". W ten sposób, wskazuje o. prof. Nichols, "nie zostanie oszczędzony żaden obszar chrześcijańskiej moralności". Przyjmowanie przez niektóre episkopaty wytycznych duszpasterskich dopuszczających w oparciu o "AL". rozwodników żyjących w nowych "związkach" do Komunii świętej, nazwał brytyjski dominikanin akceptacją grzechu: "powiedzmy to sobie otwarcie: ta sytuacja życiowa jest tolerowanym konkubinatem".

Były wykładowca dogmatyki na Angelicum na tym jednak nie kończy swoich wywodów. Postuluje, by w sytuacji niezgodnych z nauczaniem Kościoła wypowiedzi papieża odnośnie małżeństwa i moralności, "wypracować w prawie kanonicznym procedurę odwoływania papieża, który naucza błędów". W ocenie o. Nicholsa, mogłoby to uciszyć "ekumeniczne obawy" istniejące wśród prawosławnych czy anglikanów odnośnie możliwości arbitralnego zmienienia treści wiary przez jakiegokolwiek papieża. Oznaczać by to mogło - kontynuował swoje wywody autor tekstu - że "obecny kryzys rzymskiego Urzędu Nauczycielskiego po to wydarzył się, aby skierować uwagę na granice prymatu [papieskiego] w tym aspekcie".

Skądinąd wiadomo, że już od dawna gorliwym pracownikom "ekumenicznego przemysłu" - czy to w rzymskiej kurii, czy na poziomie Kościołów lokalnych - nie chodzi o promowanie czystości wiary, ale raczej o doprowadzenie do sytuacji, którą niegdyś jakże trafnie określił brytyjski pisarz Anthony Burgess: aby katolicyzm stał się jak protestantyzm, a protestantyzm stał się agnostycyzmem. W naszych czasach prawdziwym gestem ekumenicznego dialogu jest wspólne zdjęcie krzyża, by nie drażnić "wrażliwości religijnej" muzułmanów w miejscu uświęconym bezkompromisowym nauczaniem i czynem Chrystusa (wypędzenie kupczących ze świątyni jerozolimskiej).

Sprawozdanie z aktualnego stanu amplitudy rabanu (zamętu) w Kościele nie byłoby pełne, gdyby pominąć sprawę prof. Josefa Seiferta - jednego z najwybitniejszych w naszych czasach katolickich filozofów. Ten uczeń i współpracownik Dietricha von Hildebranda (wedle słów Piusa XII , "doktora Kościoła dwudziestego wieku") jako współzałożyciel i wykładowca był jedną z twarzy Międzynarodowej Akademii Filozofii, która miała początkowo siedzibę w księstwie Liechtenstein, a ostatnio przeniosła się do hiszpańskiej Grenady. Tam prof. Seifert dzierżył katedrę realistycznej fenomenologii von Hildebranda. Był również wykładowcą w I nstytucie Filozoficznym Edyty Stein, działającym w tym samym hiszpańskim mieście. Przez św. Jana Pawła II został mianowany ordinariusem (członkiem - zwyczajnym, czyli dożywotnim) Papieskiej Akademii Życia. Wszystkich tych godności i zaszczytów prof. Seifert został pozbawiony przez protagonistów - walczącego z "rygoryzmem" protagonistów (miłosiernych, a jakże) - "nieodwracalnej zmiany kursu Kościoła". Powód? Krytyka feralnej adhortacji.

Pierwszy raz prof. Seifert zabrał głos w czerwcu 2016 roku, a więc krótko po publikacji "AL". Tytuł artykułu mówił właściwie wszystko: "Łzy Jezusa nad Amoris laetitia". Konkluzja tekstu brzmiała: "Jakże bez płaczu może czytać Jezus i Jego Najświętsza Matka te słowa papieża i porównywać je z własnym nauczaniem i nauczaniem swego Kościoła? Płaczmy więc razem z Jezusem, zachowując głęboki szacunek i uczucie dla papieża i z głębokim smutkiem, który związany jest z obowiązkiem krytykowania jego błędów".

Te słowa kosztowały prof. Seiferta katedrę w Instytucie Filozofii Edyty Stein i miejsce w Papieskiej Akademii Życia, z której - wraz z całym dotychczasowym składem - został w 2016 roku usunięty przez papieża Franciszka w ramach dokonanej z całą czułością czystki.

Na początku sierpnia 2017 roku na łamach naukowego filozoficznego periodyku "Aemaet" (tom 6, nr 2) ukazał się kolejny tekst prof. Seiferta, poświęcony destrukcyjnym dla Kościoła skutkom papieskiej adhortacji. Nazwał ją tam "atomową bombą podłożoną pod teologię moralną, która grozi zniszczeniem całego moralnego gmachu wspierającego się na Dziesięciu Przykazaniach i katolickiej nauce moralności".

Uczeń Dietricha von Hildebranda odniósł się w ten sposób do wspomnianego paragrafu 303 adhortacji. Jak pisze prof. Seifert, treść tego fragmentu papieskiego dokumentu "oprócz eufemistycznego określania obiektywnego stanu grzechu nie w pełni obiektywnym ideałem" mówi o tym, że "z pewną moralną pewnością możemy wiedzieć, że sam Bóg prosi nas, byśmy dalej popełniali wewnętrznie złe czyny, takie jak cudzołóstwo lub czynny homoseksualizm". Katolicki uczony zadaje następnie, „w oparciu o czystą logikę” najważniejsze dla jego rozważań pytanie: "Jeśli jest prawdą, że Bóg może chcieć, aby cudzołożna para nadal żyła w cudzołóstwie, to czy przykazanie Nie cudzołóż! nie powinno być przeformułowane: Jeśli w twojej sytuacji cudzołóstwo nie jest mniejszym złem, nie popełniaj go! A jeśli jest mniejszym złem, żyj tak dalej!?". I dalej pisze Josef Seifert: "Czyż na gruncie czystej logiki takie czyny jak eutanazja, samobójstwo lub pomoc w nim, kłamstwa, kradzieże, oszustwa, zapieranie się Chrystusa na wzór świętego Piotra lub morderstwo - w pewnych okolicznościach i po należytym "rozpoznaniu" okażą się dobre i chwalebne zważywszy na kompleksowość konkretnej sytuacji (lub też z powodu braku wiedzy etycznej albo siły woli)?".

Profesor Seifert zakończył swój tekst podkreśleniem swojego szacunku i oddania dla - tu cytował św. Katarzynę Sieneńską - papieża jako "słodkiego Chrystusa na ziemi". Jednocześnie kierując się tym synowskim oddaniem (rodzicom, także duchowym, należy się od dzieci przede wszystkim prawda), wezwał papieża Franciszka do wycofania i potępienia błędów tkwiących w obecnym tekście "AL".

Póki co nie doczekał się tego. Bardzo szybko i w sposób charakterystyczny dla zwolenników "rewolucji czułości i miłosierdzia" zareagował natomiast arcybiskup Grenady, Javier Martinez Fernandez, który już 31 sierpnia 2017 roku ogłosił swoją decyzję o wysłaniu na emeryturę prof. Seiferta jako wykładowcy (i faktycznego założyciela!) Międzynarodowej Akademii Filozoficznej. W swoim specjalnym oświadczeniu hierarcha stwierdził, że "diecezja Grenady głęboko żałuje" wspomnianego tekstu opublikowanego przez uczonego na łamach "Aemaet", ponieważ "niszczy on komunię Kościoła, wprowadza zamieszanie w wiarę ludzi wierzących i sieje nieufność wobec Następcy św. Piotra, co w ostateczności nie służy prawdzie wiary, ale raczej interesom tego świata". (Sic!)

Należy dodać dla porządku, że abp Fernandez w odniesieniu do aplikacji "AL" w swojej diecezji początkowo stał na gruncie wspólnym wszystkim biskupom wierzącym (tj. szóste przykazanie ciągle obowiązuje). Potem jednak przychylił się do stanowiska biskupów argentyńskich, dozwalających na udzielanie Komunii świętej rozwodnikom żyjącym w nowych związkach.

Jak zawsze w tego typu przypadkach należy przypominać profetyczne
wezwanie św. Jana Pawła II : "Wymagajcie od siebie nawet wtedy, gdy inni wymagać od was nie będą".

O. A U G U S T Y N   P E L A N O W S K I   O S P P E
- AKCEPTACJA CUDZOŁÓSTWA?
JAN CHRZCICIEL UMARŁ ZA DARMO?

Już dla Żydów konsekwencje cudzołóstwa były katastrofalne, ponieważ cudzołóstwo, morderstwo i bałwochwalstwo były hilul haSzem, czyli zbezczeszczeniem Imienia Bożego. Przez cudzołóstwo człowiek wchodzi w zakres działania złego ducha, ponieważ jest to drwina z Prawa Bożego - powiedział w rozmowie z PCh24.pl o. Augustyn Pelanowski, paulin.

Co Pismo Święte mówi o rozwodach?
Nowy Testament jest bardzo jasny, zdecydowany i bez żadnych możliwości interpretacji, nawet takich, do jakich dochodzi w Amoris Laetitia. W Ewangelii św. Mateusza Jezus mówi: "kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo. I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo" (Mt 19,9). Tutaj nie ma już nic do wymanipulowania, z tego sformułowania nie da się już niczego wyciągnąć. Ostatni redaktor świętego Mateusza dodał w glosie jeszcze słowa: "chyba w wypadku nierządu". Ale to oznacza, że jeśli ktoś żyje "na kocią łapę" mówiąc kolokwialnie, czyli bez związku sakramentalnego, myśląc w kategoriach Kościoła, to oczywiście, że może się rozejść. Ale jeśli to jest prawnie zawarty związek małżeński, czyli sakrament, to "nie ma przeproś". Tu nic się z tym nie da zrobić.

I nawet jeśli generał jezuitów, ojciec Arturo Sosa Abascal, będzie mówił, że wtedy nie było dyktafonów, to ośmielam się mu przypomnieć, że w tamtych czasach zapisywanie tego typu tekstów, między innymi tekstu proroctw, było ściśle kontrolowane przez soferów i nie można było niczego dodać czy ująć. Zresztą Apokalipsa mówi nam, że jeśli ktoś dołożyłby słowo do tych proroctw, to Bóg dołoży mu plag (Ap 22, 18-19). Dlatego biorąc pod uwagę bojaźń starożytnych, żeby zmienić coś w tych tekstach, to okazuje się, że jest to sytuacja niemożliwa. Dlatego generał jezuitów jest w ogromnym błędzie. Sam oczywiście może nagrywać dyktafonem swoje wypowiedzi i sprawdzać, czy powiedział dobrze czy nie, natomiast w Ewangelii św. Mateusza, w 19 rozdziale, w 9 wierszu jest "kawa na ławę": drugi związek jest cudzołóstwem, jeśli pierwszy był zawarty prawnie.

A jakie są konsekwencje cudzołóstwa? Często zapomina się o tym, że nie bez powodu to bardzo poważny grzech.
Już dla Żydów konsekwencje cudzołóstwa były katastrofalne, ponieważ cudzołóstwo, morderstwo i bałwochwalstwo były hilul haSzem, czyli zbezczeszczeniem Imienia Bożego. Natomiast od strony psychologicznej jest to bardzo prosta rzecz: mamy depresję pierwszej żony, autoagresję dzieci, obniżenie poczucia własnej wartości - a to są pierwsze z rzędu konsekwencje psychologiczne. Mogą do tego dołączyć inne rzeczy: przez cudzołóstwo człowiek wchodzi w zakres działania złego ducha, ponieważ jest to drwina z Prawa Bożego. Wystarczy sięgnąć do Księgi Rodzaju, gdzie czytamy o ustanowieniu małżeństwa. Człowiek wchodzi na teren działania szatana i siły ciemności oddziałują na porzuconą rodzinę. Oskarżanie, zasmucanie, rozpacz to ich codzienność. Tylko kapłan, który spowiada osoby porzucone, widzi, jakie to są dramaty.

A cudzołożnik, czyli osoba żyjąca w kolejnym związku, rzadko kiedy ma właściwe odniesienie do Pana Boga, ponieważ to jest prawie niemożliwe. On jest człowiekiem opętanym; nie stricte verbis, ale jest to rodzaj zniewolenia demonicznego. Dlatego cudzołóstwo jest strasznym grzechem.

Jak w tym kontekście patrzeć na adhortację Amoris Laetitia? Pojawiają się w niej zapisy otwierające wiele niebezpiecznych furtek.
Niektóre zapisy Amoris Laetitia są bardzo niebezpieczne. Nie ośmielę się jednak mówić o schizmie czy herezji - to nie jest dla mnie właściwa nomenklatura, poza tym nie jestem w tej dziedzinie fachowcem, zostawiam to innym. Jest to natomiast sprzeciw wobec słów Jezusa, który jasno powiedział czym jest cudzołóstwo - rozmawialiśmy o tym wcześniej: nie ma drugich, trzecich czy czwartych związków. A podważenie jednego przykazania, w tym wypadku: "Nie cudzołóż", jest niczym uderzenie w punkt krytyczny kryształu. Sam Jakub mówi w swoim liście, w 2 rozdziale, w wierszu 10 takie słowa: "choćby ktoś przestrzegał całego Prawa, a przestąpiłby jedno tylko przykazanie, ponosi winę za wszystkie. Ten bowiem, który powiedział: Nie cudzołóż!, powiedział także: Nie zabijaj!". To może doprowadzić do efektu domina: podważenie jednego przykazania sprawia, że wszystko jest możliwe; wtedy wszystko jest do podważenia. Czyli wtedy już nie ma sensu żadna spowiedź, nie ma sensu pojęcie grzechu, ponieważ każdy grzech może być usprawiedliwiony.

Dlatego albo wszystkie grzechy są grzechami, albo żaden z nich nie jest grzechem, jeśli choćby jeden nie jest grzechem. To jest bardzo niebezpieczna sytuacja. Prawda nie jest efektem dyskursu, jakby chciał Derrida.

A jakie konsekwencje niesie za sobą przyjmowanie Ciała i Krwi Pańskiej mając na sumieniu nie odpuszczony grzech cudzołóstwa?
W 11. rozdziale Listu do Koryntian święty Paweł mówi, że jeśli ktoś przyjmuje świętokradzko Komunię świętą, to niech się nie dziwi swoim chorobom i dodaje: "wielu z was umarło z tego powodu!". Jeśli ktoś nie zważając na Ciało i Krew Pańską, to mówi święty Paweł, przyjmuje Komunię świętą, to popełnia grzech, który przynosi śmierć! Każdy, kto w grzechu ciężkim przyjmuje świętokradzko Komunię uniemożliwia sobie zbawienie i doprowadza do śmierci. Nikomu śmierci nie życzę ani chorych klimatów życia, ani chorób tym bardziej, dlatego nie mogę milczeć w sprawie cudzołóstwa. Gdyby można było wchodzić w drugie związki małżeńskie to Jan Chrzciciel umarł na darmo, prawda?

Bóg zapłać za rozmowę.
Rozmawiał Mateusz Ochman

M A R C I N   J E N D R Z E J C Z A K
- DIALOG?
BYLE NIE O AMORIS LAETITIA

Postępowo nastawieni katolicy lubią mówić o dialogu - wydaje się im remedium na wszelkie bolączki. Dialogować można z wszystkimi, za wyjątkiem jednej grupy. Której? Nietrudno dostrzec, że wobec katolików trzymających się tradycyjnej nauki i dyscypliny stosuje się nieco inne kryteria. Zwłaszcza, jeśli żywią oni wątpliwości odnośnie interpretacji Amoris laetitia.

Ojciec Thomas Weinandy OFMCap. na przełomie października i listopada 2017 roku zrezygnował z funkcji doradcy komisji do spraw doktrynalnych amerykańskiego episkopatu. Decyzję tę podjął po upublicznieniu swojego krytycznego listu do papieża Franciszka. A także po rozmowie z sekretarzem generalnym konferencji biskupów Stanów Zjednoczonych.

Ojciec Weinandy to osoba o znacznej renomie w Kościele: członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej, były szef komisji do spraw doktrynalnych episkopatu Stanów Zjednoczonych, w 2013 roku nagrodzony medalem Pro Ecclesia et Pontifice. Odznaczenie to nadał mu sam papież Franciszek.

Choć zakonnik wysłał swoje pismo latem, to na jego upublicznienie zdecydował się dopiero na przełomie października i listopada. Tego samego dnia poinformowano o jego ustąpieniu ze stanowiska doradcy amerykańskiego Episkopatu. Co takiego napisał ów prominentny kapucyn? Dlaczego list wywołał tyle kontrowersji? Oddajmy głos samemu duchownemu:

"(...) Wasza Świątobliwość, chroniczny zamęt zdaje się naznaczać Twój pontyfikat. Światło wiary, nadziei i miłości nie jest nieobecne, ale nazbyt często przyćmiewa je niejednoznaczność Twoich słów i działań" - stwierdził w liście. Wśród przyczyn tego zamętu autor wymienił nominacje biskupie dla ludzi odległych od stanowiska obrony religijnej ortodoksji, niechęć do sprawowania przywództwa w Kościele, umniejszanie znaczenia chrześcijańskiej doktryny, a także niejasność głoszonych nauk. Ten ostatni zarzut wiąże się przede wszystkim z adhortacją Amoris laetitia, a konkretnie z jej spornym, 8. rozdziałem. Oddajmy ponownie głos kapucynowi:

"W Amoris laetitia Twoje wskazania zdają się być czasami celowo wieloznaczne, w ten sposób dając możliwość zarówno tradycyjnej interpretacji katolickiej nauki o małżeństwie i rozwodzie, jak również takiej, która mogłaby wskazywać na zmianę w tej nauce" - napisał do papieża.

"Jak mądrze zechciałeś zauważyć, duszpasterze powinni towarzyszyć i wspierać osoby żyjące w nieuregulowanych małżeństwach; jednak niejasnym pozostaje, co to towarzyszenie właściwie ma oznaczać. Nauczanie formułowane z - jak się wydaje - celowym brakiem jasności w sposób nieunikniony niesie ryzyko grzechu przeciwko Duchowi Świętemu, Duchowi Prawdy" - dodał.

Dość śmiałe to słowa i zgadzać się z nimi niekoniecznie trzeba. Czy jednak zasłużonemu dla Kościoła duchownemu nie należy się odpowiedź- jeśli nie od papieża, to od kogoś z jego współpracowników? Tymczasem zakonnik doczekał się jedynie potwierdzenia przekazania listu od arcybiskupa Angelo Becciu, wicesekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. A wszystko wskazuje na to, że po upublicznieniu dokumentu amerykański episkopat skłonił go do rezygnacji z pełnionej przy konferencji biskupów ważnej funkcji.

Amoris laetitia i czysta logika

Wspomniany kapucyn to nie jedyny konserwatysta, jaki w ostatnim czasie nabawił się problemów w podobnych okolicznościach. We wrześniu znany filozof i bioetyk, profesor Josef Seifert po krytyce adhortacji Amoris Laetitia został zwolniony z Międzynarodowej Akademii Filozofii w Grenadzie. Decyzję władz uczelni wywołała publikacja artykułu zatytułowanego: Does pure logic threaten to destroy the entire moral Doctrine of the Catholic Church? ("Czy czysta logika grozi zniszczeniem całego moralnego nauczania Kościoła?"). Filozof określił w niej papieską adhortację mianem teologicznej bomby zegarowej. Stwierdził, że swoimi refleksjami dzieli się "z poczucia obowiązku: zobowiązania do służby papieżowi i Kościołowi".

Zdaniem profesora, tekst adhortacji Amoris laetitia "zdaje się jasno potwierdzać, że wewnętrznie nieuporządkowane i obiektywnie ciężkie akty grzechu (...) mogą zostać dozwolone, a nawet obiektywnie nakazane przez Boga". Jeśli to rzeczywiście głosi Amoris laetitia, to jej krytycy skupiający się na konkretnych kwestiach, związanych z dyscypliną sakramentalną "odnoszą się tylko do wierzchołka góry lodowej, do słabego początku lawiny lub pierwszych kilku budynków zniszczonych przez teologiczno-moralną bombę atomową, mogącą zburzyć cały moralny gmach Dziesięciu Przykazań i katolickiego nauczania moralnego".

Jak pisze Seifert "(...) Amoris laetitia głosi, że możemy mieć pewne moralne przekonanie, iż to sam Bóg prosi nas byśmy kontynuowali popełnianie wewnętrznie złych czynów, takich jak cudzołóstwo i czynny homoseksualizm".

Jak jednak zaznacza uczony, nie podejmuje się rozstrzygać, czy na pewno takie odczytanie adhortacji jest słuszne. Jeśli jednak tak, to konsekwencje okazują się zatrważające. Gdy bowiem stwierdzi się, że "prawdą, iż Bóg może chcieć, by cudzołożne pary żyły w cudzołóstwie, to czyż przykazanie Nie cudzołóż! nie powinno zostać przeformułowane na: Jeśli twoja sytuacja cudzołóstwa nie jest mniejszym złem, nie cudzołóż, lecz jeśli stanowi mniejsze zło, to pozostań w cudzołóstwie".

Sęk w tym, że relatywizując w ten sposób VI Przykazanie można zrelatywizować także pozostałych dziewięć. W efekcie logiczną konsekwencją tezy zawartej być może w Amoris laetitia okazuje się dopuszczenie i pochwała w pewnych przypadkach kłamstw, złodziejstw, a nawet morderstw czy zdrad Chrystusa. Cóż - sprawa warta jest wyjaśnienia przez Watykan. Zwolnienia naukowców nic tu nie pomogą.

Synowskie upomnienie i zakończenie współpracy

Kolejną ofiarą ideologicznych czystek wymierzonych przeciwko krytykom liberalnej interpretacji Amoris laetitia okazał się profesor Thomas Heinrich Stark. Ten sygnatariusz "Synowskiego upomnienia" skierowanego do papieża Franciszka wykładał na Filozoficzno-Teologicznej Szkole Wyższej Benedykta XVI w austriackim Heiligenkreuz. Na jego wystąpienie wobec papieża zareagowały władze uczelni. W oświadczeniu z 15 października zdystansowały się one wobec tego, że "(...) pracujący tymczasowo w naszej szkole wyższej uczony podpisał upublicznioną krytykę papieża Franciszka, która nazywa się eufemistycznie Correctio filialis de haeresibus propagatis". Trzy dni później studenci otrzymali informację o zmianie wykładowcy na ich zajęciach. Współpraca z dotychczasowym została bowiem zakończona. Cóż, oskarżenia papieża o herezję niewątpliwie budzą wątpliwości. Dlaczego jednak nie odeprzeć ich na gruncie debaty (szczególnie jeśli ktoś mieni się progresistą)?

Losy dwóch kardynałów

Wątpliwości budzą także losy innego krytyka Amoris laetitia. Kardynał Raymond Burke, bo o nim mowa, od 2008 prefekt Trybunału Sygnatury Apostolskiej (najwyższego urzędu sądowniczego w kurii rzymskiej), został z niej zwolniony w listopadzie 2014 roku. W zamian za to został patronem Suwerennego Zakonu Maltańskiego, co w oczywisty sposób uznane zostało za degradację. Wprawdzie jesienią 2017 roku duchowny wrócił do Sygnatury Apostolskiej, jednak jedynie w charakterze doradcy.

Jak powszechnie w katolickim świecie wiadomo, kardynał Burke to jeden z sygnatariuszy dubiów - listu do papieża Franciszka zawierającego pięć wątpliwości w sprawie Amoris laetitia. Ba, uznawano go za nieformalnego przywódcę grupy czterech podpisanych pod nimi hierarchów. Amerykański purpurat mówił także o potrzebie formalnej korekty papieża, w przypadku, gdyby ten nie odpowiedział na dubia zgodnie z dotychczasową nauką Kościoła. Z drugiej jednak strony, sam duchowny, podobnie jak kardynał Müller, deklaruje swą lojalność wobec papieża. Pewności odnośnie przyczyn jego "degradacji" nie mamy.

Ponadto, zdaniem niektórych komentatorów, także kardynał Gerhard Müller utracił godność prefekta Kongregacji Nauki Wiary właśnie z powodu swej krytyki wobec Amoris laetitia. Krytyki? Wszak niemiecki purpurat nie wypowiadał się przeciwko tej adhortacji! Wskazywał jednak, że jej interpretacja powinna być zgodna z dotychczasowym nauczaniem Kościoła. To znaczy: nie ma mowy o udzielaniu Komunii świętej rozwiedzionym (współ)żyjącym w nowych związkach. W Watykanie istniała więc nietypowa sytuacja: papież popierający, jak się wydaje, liberalizację dyscypliny sakramentów i "numer dwa" w Kościele, interpretujący jego wypowiedzi w zgoła inny sposób. Rozdźwięk ten nie trwał jednak długo.

Niewykluczone, że jak zauważył Gerhard Müller w rozmowie z Edwardem Pentinem z "National Catholic Register", "życzliwi" różnego autoramentu informowali papieża o rzekomej wrogości kardynała Müllera względem niego. Słowom tym wprawdzie papież nie dawał posłuchu, ale z drugiej strony kropla drąży skałę. W każdym razie, jak twierdzi były już prefekt, o nieprzedłużeniu swojej kadencji dowiedział się podczas rutynowej audiencji. Czy rolę odegrał wiek? To akurat wątpliwe, gdyż nowy zwierzchnik Kongregacji Nauki Wiary, kardynał Luis Ladaria Ferrer jest o cztery lata starszy.

Tak czy owak, warto przypomnieć, że niemiecki kardynał wyraził ubolewanie z powodu obecnych kryteriów nominacji biskupich. Jego zdaniem, w znacznej mierze są nimi poglądy w kwestii interpretacji przypisu 351 adhortacji Amoris laetitia. Wyraził też ubolewanie karierowiczostwem i działalnością szpiegów, donoszących Ojcu Świętemu na niewygodnych im hierarchów.

Progresiści stale głoszą potrzebę dialogu ze wszystkimi: od protestantów i Żydów, przez muzułmanów, aż po ateistów. Dialog ten jawi się im jako wartość sama w sobie. Nie zawsze jednak wiadomo, dokąd prowadzi. "Wiadomo" tylko, że jego cele są szczytne. I że jest jakoby zawsze czymś dobrym.

Tymczasem we współczesnym dyskursie "dialog" nie oznacza normalnej rozmowy, lecz stanowi słowo-wytrych służące "postępowi". Dlatego też istnieje grupa, której owo "prawo do dialogu" nie obejmuje. To tradycjonaliści, konserwatyści czy po prostu zwolennicy utrzymania dotychczasowego nauczania i praktyk Kościoła. Czy uciszanie ich to naprawdę najlepsza droga do reformowania Kościoła i do przekonywania nieprzekonanych? A może wcale nie chodzi o przekonywanie, a na naszych oczach upada właśnie teza o dialogu, jako niezbędnym czynniku nowoczesności? Bo to już nie ten etap?

LITANIA DO OBROŃCÓW ŚWIĘTOŚCI, JEDNOŚCI I NIEROZERWALNOŚCI MAŁŻEŃSTWA

O jedność i nierozerwalność małżeństwa

W dyskusję nad sposobem interpretacji adhortacji apostolskiej Amoris laetitia włączyli się biskupi Ukrainy. Dostrzegli oni, że małżeństwo jest atakowane nie tylko przez ateistyczny, postępowy świat, ale i niektóre środowiska w samym Kościele. Podjęte przez nich kroki wyraźnie wskazują kierunek. Rzymskokatolicki Episkopat Ukrainy postanowił bowiem wyrazić swoją troską o rodzinę i o nierozerwalność małżeństwa na sposób iście pasterski.

Tak na Ukrainie rok 2019 został ustanowiony czasem szczególnej modlitwy w intencji małżeństw. Hierarchowie zatwierdzili także "Litanię do Obrońców Świętości, jedności i nierozerwalności małżeństwa", której powstanie zostało umotywowane obecnym kryzysem i atakami na świętość i nierozerwalność małżeństwa.

To nie pierwszy głos w obronie sakramentalnego małżeństwa płynący z Ukrainy. Już w maju 2017 roku abp Mieczysław Mokrzycki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Ukrainy krytycznie ocenił liberalne interpretacje Amoris laetitia i zapewnił, że w tej kwestii "jasne i doktrynalnie pewne jest nauczanie św. Jana Pawła II z Familiaris consortio". Wyraźnie wtedy zaznaczył, że doktryny katolickiej "nie wypracowuje się poprzez dialog".

MA

Litania do obrońców świętości, jedności i nierozerwalności małżeństwa

Panie, zmiłuj się nad nami.
Chryste, zmiłuj się nad nami.
Panie, zmiłuj się nad nami.

Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
Święty Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami.
Święty Józefie, módl się za nami.
Święta Rodzino z Nazaretu, módl się za nami.

Święci Archaniołowie Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami.

Święci Abrahamie i Saro, módlcie się za nami.
Święci Izaaku i Rebeko, módlcie się za nami.
Święci Jakubie i Rachelo, módlcie się za nami.
Święci Zachariaszu i Elżbieto, módlcie się za nami.
Święci Joachimie i Anno, módlcie się za nami.
Święci Akwilo i Pryscyllo, módlcie się za nami.
Święci Androniku i Atanazjo, módlcie się za nami.
Święci Grzegorzu i Nonno, módlcie się za nami.
Błogosławieni Lukrecjuszu i Bonadonno, módlcie się za nami.
Święci Hubercie i Berto z Awinionu, módlcie się za nami.
Święty Izydorze i błogosławiona Mario, módlcie się za nami.
Święci Stefanie i Gizelo, módlcie się za nami.
Święci Henryku i Kunegundo, módlcie się za nami.
Święci Ludwiku i Zelio Martin, módlcie się za nami.
Błogosławieni Luigi i Maria Quatrochi, módlcie się za nami.

Wszyscy święci małżonkowie, módlcie się za nami.

Święty setniku Korneliuszu, módl się za nami.
Św. Paulinie z Noli, módl się za nami.
Święty Ludwiku Francuski, módl się za nami.
Święty Wawrzyńcu Ruiz, módl się za nami.

Wszyscy święci ojcowie rodzin, módlcie się za nami.

Święta Moniko, módl się za nami.
Święta Sylwio, módl się za nami.
Święty Matyldo, módl się za nami.
Święty Blanko Kastylijska, módl się za nami.
Święty Brigido ze Szwecji, módl się za nami.
Święta Elżbieto Portugalska, módl się za nami.
Święty Jadwigo, módl się za nami.
Święta Małgorzato Szkocka, módl się za nami.

Wszystkie święte matki, módlcie się za nami.

Święty Janie Chrzcicielu, módl się za nami.
Święty Stanisławie, módl się za nami.
Święty Tomaszu Morus, módl się za nami.
Święty Janie Fischer, módl się za nami.
Święci męczennicy kartezjańscy, módlcie się za nami.
Błogosławione męczennice z Nowogródka, módlcie się za nami.

Wszyscy święci męczennicy za świętość, jedność i nierozerwalność małżeństwa, módlcie się za nami

Święta Matko Tereso z Kalkuty, módl się za nami.
Święta Joanno Beretto Molla, módl się za nami.
Święty Pawle VI, módl się za nami.
Święty Janie Pawle II, módl się za nami.
Święci obrońcy prawa do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, módlcie się za nami.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
zmiłuj się nad nami.

P. Jezu, źródło świętości każdej rodziny.
W. Spraw, aby nasze rodziny były podobne do Rodziny z Nazaretu.

Módlmy się: Wszechmogący wieczny Boże, Ty zechciałeś, aby Twój Syn rósł w Świętej Rodzinie. Za wstawiennictwem świętych małżeństw, ojców i matek, mężów i żon, a także za wstawiennictwem męczenników, którzy przelali krew za jedność i nierozerwalność małżeństwa, obdarz nasze rodziny swoją łaską, aby były zawsze widzialnym znakiem miłości między Kościołem i Chrystusem. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen


Reprint z Oryginału ukończony w Wałbrzychu 22 stycznia A.D. 2019

E-book, czyli elektroniczna książka - to wyjaśnienie dla seniorów w wieku powyżej 60 lat, do których i ja przynależę, a którzy dopiero uczą się tych pierwszych elektronicznych czytanek, które przecież już dawno pierwej poznali, jako i mały murzynek Bambo - której nie pozaginamy rogów, czy nie wyślinimy brzegów.

A jednak ktoś zakazał jej upowszechniania. Zakazać upowszechniania prawdy obiektywnej, jako objawionej, to tak jak nakazać zajmować się Marksem i Engelsem - przeciwnikami prawdy objawionej, a nawet prawdy jako takiej, samej w sobie. Kto zatem był tak złośliwy dla portalu Polonia Christiana i samego Chrystusa. Nie wiem czy był nim Episkopat Polski, ale jeśli takim zachowaniem pokierowała złośliwość, to czy złośliwość nie powinna być skierowana na siebie samego, a nie na osoby trzecie. Przecież Polonia Christiana nie wydała Amoris laetitia, lecz wydał ją Papież, co do którego należy zastanowić się, czy jest on przewodnikiem jeszcze katolików czy już komunistów. Czy należałoby w takim razie kogoś zlikwidować. Tak, ale kogo i ilu. Katolikom nie jest dane zabijanie, niszczenie, zakłamywanie, fałszowanie, ale jeśli nie zabijają i nie mogą wybrać swoich przedstawicieli, to należy im to utrudniać, czy raczej ułatwiać?

Jeśli jesteśmy wszyscy ochrzczeni - jawnie bądź w skrytości - to dlaczego sobie nawzajem utrudniamy żywot święty?

Ksiądz Wiśniewski, lewicowy katolik - produkt marksizmu - oznajmił w gdańskim Kościele, w którym pierwsze miejsca zajęli Kwaśniewski, Wałęsa, Tusk - że każdy kto kłamie i posługuje się nienawiścią nie powinien dostępować urzędów publicznych. Czy zatem ci trzej wymienieni, jako przedstawiciele lewicy, opuścili po tych słowach nie tylko to zgromadzenie, ale i pozostałe urzędy w Polsce i w Europie? Nie. Niemożliwym jest także i to, aby przedstawiciele lewicowych katolików powiedzieli: niech się usuną katolicy. Katolik ze swego powołania i natury swej nie jest nieprawy w swym myśleniu i działaniu, ale prawy. Tylko, że takich prawych katolików nie ma w urzędach, bo w nich są sami nieprawi, do tego aż stopnia, że twierdzą rzekomo w imieniu prawa, że nie wolno być prawym.

Czy ja mam zastrzelić Tuska? Nie, bo jestem katolikiem i mógłbym wymieniać dalej, począwszy od prezydenta miasta, w którym mieszkam, poprzez właściciela Facebooka i pewnego Ministra Spraw Wewnętrznych z SLD, który w sytuacji braku posiadania mieszkania odmówił zasiłku z tytułu właśnie braku posiadania mieszkania. Tylko dlatego, że przeszedłem w stan spoczynku, lecz dalej nie posiadając mieszkania. A w tym stanie spoczynku, lewica nie uznała, że przepracowałem pod ziemią 10 lat i orzekła o wysokości emerytury, wyznaczając mój staż górniczy zaledwie na 3 lata.

Wypadałoby jeszcze dodać, że w gmachu po lewicy, umieszczona została Giełda Papierów Wartościowych, gdzie w wyniku transakcji na akcjach, instrumentach pochodnych i obligacjach, wspólnie z bankami udzielającymi pożyczek bez pokrycia, doznałem takiej starty gotówki, że komornicy - wśród których nie dostrzegłem katolika - otrzymali i podtrzymują swoje żniwo, doprowadzając do sytuacji, że po 9 latach dług już 5-krotnie przekracza wartość pierwotnego zadłużenia. Czy z lewicą jest tak, że nie kradnie, a jedynie zaspokaja wierzytelności, czyli tylko windykuje, ale nie okrada? To jak nazwiemy tą olbrzymią, narastaną stratę emerytury - mojej wypracowanej własności. Tylko jako złośliwość, bo windykacją nie podobna to uznać.

Jeśli więc katolik nie może osobę zastrzelić, i nie jest mu dane kierować miastami, czyli nami, to prawi katolicy nie posiadają już żadnych praw.

Ale nie oznacza to, że mają nic nie mówić i nic nie pisać, bo nie ma takiego prawa, aby ktoś mógł je nadać. Lecz "ktosie" dalej istnieją i "ktoś" ich wybiera...czy sami się wybierają? Jak półki sklepowe, dla zadowolenia kupujących i zawierania im ust.


Ryszard Wieczorek
"Kościół-Szkoła-Strzelnica-Mennica"
Konfederacja Gietrzwałdzka



Polonia Christiana



Powrót do początku strony


 

www.stop-seksualizacji.pl Fundacja Świętego Mikołaja Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Sudecki Port-all ©2017-2019 Ryszard Wieczorek - Pro Moc Ja

Odwiedza nas 31 gości oraz 0 użytkowników.